Pięciolistna koniczyna III 2018

 

Embed or link this publication

Description

Kwartalnik

Popular Pages


p. 1

Niech zbliżające się Święta Wielkanocne przyniosą nam miłość, poszanowanie i wiarę w moc Zmartwychwstania Pańskiego. Niech wiara, nadzieja i miłość symbolizują, nie tylko zwycięstwo życia nad podłością i śmiercią, ale rodzą w nas wszystkich siłę i determinację do pokonywania codziennych trudności. Zespół Redakcyjny W numerze m.in. Tylko koni żal Kto nie uchybia w mowie… Zdusić społeczną ofiarność Ociński trakt Pomnik, który uczy historii... Pięciolistna koniczyna 1

[close]

p. 2

2 Pięciolistna koniczyna

[close]

p. 3

W numerze Tylko koni żal 4 KTO NIE UCHYBIA W MOWIE… 6 Zdusić społeczną ofiarność  8 Życiorys człowieka doświadczonego Ociński trakt (fragmenty) Z podniesioną głową 9 10 13 Zakochany diabeł15 Konkurs Leopolda Staffa 17 Moje pola pejzażu 18 Z Syberii moja piesza wędrówka 20 ”Sąd sądem ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie” 23 Pomnik, który uczy historii...24 Podróże poetyckie Anny 26 Rzeczpospolita jest kobietą...  Dawne kapele ludowe Polskie życiorysy... Aforyzmy Zdzisław Antolski Fraszki Edward Dziuba W poszukiwaniu skarbów... 27 27 28 29 29 30 Kocmołuchy Są różne drogi dochodzenia do prawdy i wiedzy. Ta najbardziej uczciwa jest wymierna w konkretnych wiadomościach, ogładzie intelektualnej, swobodzie poruszania się w problematyce kulturalno -społeczno-politycznej. Opiera się ona na dorobku humanistyki, myśli technicznej i interpretacji naukowych dokonań. Uniwersalna droga, pomnażająca bez przerwy (!) iloraz inteligencji, prowadzi przez lekcyjne klasy, uniwersyteckie aule, kontakty z literaturą, szeroko pojętą sztuką, otwartość na poglądy i wiedzę mądrzejszych od nas. Nie jest to droga łatwa, bo wymaga ciągłego kształcenia, wzbogacania szarych komórek o nowe wartości i dokonania intelektualnej machiny świata. Droga łatwiejsza, usankcjonowana przez przerażającą większość ludzkiej populacji, nie wymaga wrażliwych i czułych kompasów. Prowadzi ona przez zachowawczy kabotynizm intelektualnego lenistwa, gdzie wystarczą szczątkowe odpady wiedzy, puste hasła demagogów i praktyczna fasadowość. Można to poprzeć przykładem pięknej kobiety o wymyślnym makijażu, ubranej w paryską kieckę, ale też w znoszone i nie pierwszej czystości majtki. Praktyczną miarą inteligencji człowieka jest sposób, w jaki reaguje na zjawiska i problemy. Począwszy od najnowszej na rynku książki, filmu, prasowej dyskusji itp., a skończywszy na prostym zasłyszanym ostatnio dowcipie. Intelektualna obłuda i wewnętrzna hipokryzja wyświęciły niekompetencję na funkcjonalną wartość. Duch i obraz znanego z literatury Nikodema Dyzmy panoszy się na stołkach urzędów mniejszej i większej użyteczności publicznej. Mało tego - wchodzi do naszych domostw, szkół, towarzystw, nie wyłączając kościołów. Bezradna mniejszość popada we frustrację, bezsilność, by w konsekwencji skazać się na wewnętrzną emigrację i życie w adorującej się wzajemnie inercji. Powstała nowa klasa intelektualnych kocmołuchów, co to wszystko wiedzą, na wszystkim się znają i każdy temat potrafią rozebrać jak cnotliwą panienkę. Wygłaszają (oczywiście jak najbardziej autorytatywnie) sądy o kulturze, moralności, medycynie, szkolnictwie, wychowaniu, polityce itp... Nic tak nie asekuruje ciemnoty jak krzyk, dlatego kocmołuch używa często wrzasku wiedząc, że najlepszą formą obrony jest atak. Tak prawda historyczna i współczesność udowadniają nam, że głupota potrafi przekrzyczeć mądrość. Bo głupota nie zna skromności w każdym temacie i sytuacji. Etyczność kocmołucha ma na względzie dowartościowanie samego siebie. Reszta nie jest ani milczeniem ani pytaniem. Reszta nie istnieje. Choć ta reszta potrafi umiejscowić Skamandra w przedziale czasowym, nie myli Prusa z Proustem, Słowackiego z Krasińskim, poczciwego Reja z rubasznym Kochanowskim, a o Boyu wie więcej niż to, że pisał sprośne wierszyki. Ale kocmołuchowata duma nie pozwala przyznać się do duchowego kalectwa, do pochylenia czoła przed mądrzejszym sąsiadem. Nie dopuszcza, aby podwładny miał własne, niewymuszone zdanie, ubogi krewny – rację, a bardziej wykształcone dziecko - pełną swobodę myślenia. Ginie w tym wszystkim kultura języka, symbolika kulturowa i święty dorobek pokoleń, bo kocmołuchowatość wykracza poza granice etniczne, etyczne i zawodowe. Dotyczyć może zarówno czarnego brata, białego Murzyna, śniadego palanta jak i wyuczonego profesora, redaktora pisma, księdza, policjanta, lekarza, nie wspominając o prostym bandycie. Kocmołuch jest bratem mlecznym kołtuna. A co do naszej, polskiej działki w tym temacie, chcę przypomnieć, że pojęcie kołtun ma swoje etymologiczne korzenie nad Wisłą i wywodzi się od łacińskiego „plica polonica”. P.S 1 Plica polonica - to znaczy - kołtun polski P.S.2 Wszelkie podobieństwa do osób, spraw, zdarzeń i rzeczy zawarte w tym felietonie mogą być niebezpiecznie przybliżone.  Adam Ochwanowski Redaktor naczelny: Andrzej Nowak Zastępca red. naczelnego: Adam Ochwanowski Sekretarz redakcji: Sylwia Bętkowska Kolegium redakcyjne: Ewelina Bień, Marzena Marczewska, Paulina Strojna, Kazimierz Długosz, Stanisław Durlej, Marcin Kornaga Zdjęcie na okładce: Mariusz Łężniak Wydawca: P.H.W. Ponidzie Press, 25-637 Kielce ul. Dewońska 20/9 NIP 657-101-84-91 Kontakt z redakcją: e-mail: pieciolistna.koniczyna@outlook.com, tel.: 660 271 154 Pięciolistna koniczyna 3

[close]

p. 4

Tylko koni żal Rozmowa z Jerzym Białobokiem, byłym prezesem Stadniny Koni Arabskich w Michałowie - Minęły dwa lata od pańskiego odwołania ze stanowiska prezesa. Wspaniała historia stadniny, wspaniałe doświadczenia nagle zostały przerwane. Jaka jest teraz przyszłość koni arab- skich w Polsce? - Po dwóch latach nie widzę tego dobrze. Aukcje naszych koni są nieudane, dodatkowo powiązane ze skandalami. Michałowska klacz Emira w 2016 r. wychodziła na ring aukcyjny dwa razy. Licytowana była - Serce panu krwawi w takich momentach? do ponad pół miliona euro, a sprzedana za mniej niż połowę tej kwoty. - Wkurza mnie i denerwuje, jeśli ktoś dochodzi do sukcesu przez cwa- Z systememsprzedażyzadziałosięcośzłego.Licytowanoześcianą.Zresztą niactwo. To tak jak nabywanie towaru na aukcjach komorniczych. Ktoś to dotyczyło paru innych koni, co doprowadziło do utraty zaufania. - Na kupuje, bo innego dotknęło nieszczęście. Jedną decyzją możemy zniszczyć pewno w Polsce nie będziemy płacić tak wysokich cen – mówią teraz wspaniałą historię, przeciąć ją, przerwać. kupujący. I rzeczywiście, przez ostatnie dwa lata nie ma spektakularnych -SkądwziąłsiętakdużysukcesPolskiw hodowlikoniarabskich? sukcesów w sprzedaży i prezentacjach. Wprawdzie w grudniu ubiegłego - Hodowla koni arabskich to była nasza duma narodowa, znak ekspor- roku w Paryżu nasz Equador zdobył srebrny medal, będąc bardzo blisko towy. Dla każdej władzy to był splendor. Wynikało to z ponad 200-letniej złotego, ale to był wyjątek. Nasze konie zniknęły z ringów europejskich. historii. Rodowód wielu koni można było wyprowadzić od dwudziestu W ostatnimrokunaaukcjisprzedanotylkodwakoniez Michałowazaokoło pokoleń z ksiąg, z prowadzonych zapisów hodowlanych. Konie podlegały 87 tys. euro, co jest najniższą kwotą ciągłej selekcji jakościowej, selekcji w ponad 60-letniej historii i dlatego do końca roku, ratując wynik finan- Jerzy Białobok ur. 1952 r., studia na Akademii Rolniczej na dzielność. Wiek XIX i XX to były ciągłe wojny, wojska opierały się sowy, sprzedawano dobre konie za wydział zootechniczny, praca w Stadninie Koni Michałów od na konnicy i konie świetnie się przeciętne ceny. 1977 do 16 lutego 2016, następnie własna działalność. Działacz sprawdzały w takich sytuacjach. Każdy zdaje sobie sprawę, że Polskiego Związku Hodowców Koni Arabskich, Polskiego Związ- Duże dystanse wytrzymywały tylko wykształcenie fachowców to są lata ku Hodowców Koni, Europejskiej Konferencji Koni Arabskich, araby. Po II wojnie światowej dzięki ciężkiej pracy, powodzeń i niepo- sędzia międzynarodowy klasy A koni arabskich. Sukces życia: paru zapaleńcom hodowlę udało wodzeń. Tymczasem na ich miejsce udział w tworzeniu wspaniałych koni i wielkości Stadniny Koni się odrodzić, powstała jak Feniks powołano zaraz ludzi wyciągnię- Michałów oraz spotkanie fantastycznych ludzi, którzy pracowali z  popiołów, bo koni pozostało tych z kapelusza, którzy zresztą się razem z nim.  niedużo. To dzięki takim ludziom nie sprawdzili, załamali nerwowo jak Andrzej Kryształowicz, Ignacy i narobili głupstw. W następnym Jaworowski czy Józef Tyszkowski. rozdaniu zatrudniono profesorów, ludzi z tytułami doktorskimi, którzy Chociaż posiadali ziemiańskie pochodzenie, zostali zaakceptowani jednak nie prowadzili gospodarstw i nie posiadali wiedzy hodowlanej. przez nowy system. Gdy próbowano robić im krzywdę, bronił ich nawet Stado może być sprzedane za bezcen, rozproszone. To nie wróży dobrze w zrzeszeniu w Warszawie oficer polityczny I Armii Wojska Polskiego, która stadninie w Michałowie. powstała w ZSRR, pułkownik Arkuszewski. Im szybciej wycofamy się z własnych błędów, tym szybciej uda się je Gdy człowiek patrzy w muzeach na świat miniony, to widzi, że ludzie naprawić. I dlatego to jest tak trudne dla niektórych naukowców, czego posiadali zawsze zmysł estetyki, byli wrażliwi na piękno. I dlatego też przykładem jest Janów, który stoi teraz na skraju bankructwa. Firma stworzono rasę arabską. Najważniejszym kryterium selekcyjnym, oprócz miała 2 mln zł dochodów, dzisiaj - około 80 tys. Nie wygląda to dobrze. dzielności, była uroda, o czym możemy się przekonać podziwiając obrazy Michałów miał spore zapasy finansowe, które pozostawiłem, gdy odcho- Juliusza Kossaka, które znajdują się w Tarnowie, Krakowie. Jego konie są dziłem. I jeszcze ma bardzo dużo koni dobrych, które można sprzedać. niedoścignionym wzorem piękna. Dyrektor Ignacy Jaworowski, twórca Martwi mnie tylko to, że normalnie sprzedawały się po 300 tys. euro, Michałowa, zawsze mi mówił: - Wiesz, po wojnie były tendencje utylitarne, dzisiaj oddawane są za 60 tys. euro. A te, które dzisiaj są sprzedawane za kazano hodować araby, bo taki koń zawiezie mleko do zlewni, bo ciężko 20 tys. euro, osiągały cenę 120-150 tys. euro. może pracować w polu. Bardzo boleję nad tym, co się teraz dzieje. Prestiż, który my wypra- Araby się do tego nie nadawały, mimo nakazów partyjno-rządowych, cowaliśmy i poprzednie pokolenia, jest niszczony, dewastowany. Teraz dyrektor sprzeciwiał się. Siedział w więzieniu w Pińczowie. Zawsze chciał przyjeżdżają do nas handlarze i kupują konie za bezcen, szczególnie hodować konie jak na obrazach Kossaka. I to się udało w Michałowie, klacze. Rynek nie znosi pustki, na miejsce jednych wchodzą inni, którzy przez ponad 60 lat. Nawet powstał taki typ klaczy michałowskiej, małej, próbują dotrzeć do Polski różnymi kanałami. siwej lub gniadej, doskonale się poruszającej, bardzo urodziwej. 4 Pięciolistna koniczyna

[close]

p. 5

Wiedzę o koniach arabskich zdobywa się latami, tego nie da się nauczyć na studiach. Hodowla polega nie tylko na genetycznym doborze par, ale też na tym, by zapewnić koniom bardzo dobre warunki dobrostanu codziennego, żywienia, pielęgnacji. To rozumieli już niektórzy na samym początku, gdy potrafili zorganizować pracę w stadninie, nadać jej dobry kierunek i najważniejsze – powiązać ze światem. Bo nie można hodować koni sobie a muzom, hoduje się je do konkretnego odbiorcy. A w Polsce nie było takiego odbiorcy, bo nie można było hodować koni arabskich. Istniał nieoficjalny zakaz sprzedaży koni w prywatne ręce, chociaż były nieliczne wyjątki. Dlatego z naszymi końmi wyjechaliśmy na pokazy zagraniczne po raz pierwszy w 1972 na czempionat Europy, klacze wygrały wszystko a zainteresowanie arabami z Polski znacznie wzrosło. W swojej historii stadnina zdobyła następujące czempionaty : 22 x Europy , 14 x świata w Paryżu , 11 x USA , 10 x Puchar Narodów i 5 x Hodowców w Akwizygranie oraz ponad 70 x Polski.  - Jak to się stało, że w 1977 r. trafił pan do Michałowa. Czy była to przemyślana decyzja, czy przypadek? - Zdecydował trochę przypadek. Mój ojciec był botanikiem, leśnikiem, właściwie dendrologiem. Pracował w Instytucie Dendrologii w Kórniku pod Poznaniem, który należał do Polskiej Akademii Nauk. Często zabierał mnie w podróże po kraju, oglądaliśmy ciekawe skupiska drzew. Gdy miałem 10-12 lat, dotarliśmy raz do Janowa. Zainteresowałem się końmi arabskimi i jako mały chłopak zacząłem grzebać w ich historii. Tam, gdzie się wychowywałem, była duża stajnia koni roboczych, w której pracował przedwojenny kawalerzysta, pan Waśniewski. To on nauczył mnie jeździć konno. Na studiach w Akademii Rolniczej byłem na wydziale zootechnicznym, a szczególnie interesowała mnie hodowla koni. Bywałem na praktykach studenckich w różnych stadninach, między innymi w Popielnie, Liskach i Posadowie. Złożyłem podanie do pracy w Janowie Podlaskim. Dyrektor Andrzej Krzyształowicz odpisał mi, że możemy się spotkać na torze wyścigowym w Warszawie. Oznajmił mi wtedy, że nie ma miejsca na stażystę, posiada tylko jeden pokój i nie może mnie przyjąć. - Przyjdź pan do mnie i albo się pan przyjmie, albo nie, bo Świętokrzyskie to nie jest łatwy teren – powiedział na to stojący obok dyrektor Ignacy Jaworowski z Michałowa. 15 sierpnia 1977 r. trafiłem do stadniny w Michałowie i tak zostałem.   - Był pan stażystą, zootechnikiem, koniuszym, starszym specjalistą, hodowcą, a ostatnio 19 lat dyrektorem i prezesem. N​ a czym polegała pana praca na kolejnych stanowiskach? - Właściwie ja ciągle się uczyłem. Wiedziałem, że hodowlę tworzą ludzie i od nich wiele zależy. Trzeba stworzyć taki zespół, który będzie mocno zaangażowany. Jeśli to się nie stanie, to już nie będzie takich możliwości w przyszłości. Tym bardziej, że los jest zawsze złośliwy i zabiera nam najlepsze sztuki hodowlane. Jeśli którakolwiek złamie nogę, jeśli coś się złego dzieje, to dosięga to najlepszych koni. Polskie stadniny nie są czymś wyjątkowym, to samo ma miejsce i gdzie indziej. Najbardziej wrażliwe są najlepsze konie. Dlatego cała kadra musi być dobra i teraz boleję, że tak nie jest. Bardzo dobrzy fachowcy, którzy zajmowali się hodowlą u podstaw odeszli z działu koni pod koniec ubiegłego roku lub odejdą w tym. Widziałem setki koni i to była kwestia wyrobienia sobie oka. To jest tak jak z szybkim oglądaniem zdjęć. Gdy myślę o niektórych koniach, przesuwają mi się nazwy z ich obrazami. Hodowli człowiek uczy się latami, ja zacząłem czterdzieści lat temu w Michałowie jako praktykant stażysta. Po roku zostałem zootechnikiem, potem koniuszym, takim brygadzistą konnym, była to dla mnie najlepsza szkoła życia. Pełniłem tę funkcję przez wiele lat, potem zostałem głównym hodowcą. Tak że moja kariera w Michałowie jest dość długa i taka po kolejnych stopniach, trochę jak w wojsku, od najniższego szczebla. - Panie dyrektorze, dużo pan teraz jeździ: Iran, Egipt, Izrael. Po dwóch latach od odwołania pana ze stanowiska należy przypuszczać, że ma pan nie mniej pracy, wyjazdów niż wcześniej? - Na pewno więcej, gdy pracowałem w Michałowie. Teraz to są innego charakteru wyjazdy. Wcześniej dotyczyły, na przykład, poszukiwania jakiegoś ogiera, którego trzeba sprowadzić do Michałowa i warto obejrzeć jego potomstwo. Były to zawsze wyjazdy z konkretnym celem, ukierunkowane, wyjazdy związane z dzierżawą dobrego konia, by znaleźć mu miejsce u najlepszych trenerów. Teraz mają raczej charakter sędziowski, bo jest sporo pokazów koni arabskich. Oceniam zarówno araby urodzone w Europie, jak i araby z krwią czysto egipską. Pokazów jest bardzo dużo. Cieszę się, że niektóre araby pochodzą z Polski, z naszej stadniny, jak ostatnio Pistoria, która została sprzedana za 625 tys. euro. Wygrała duży konkurs w Emiratach Arabskich, w Arabii Saudyjskiej. Zwycięża w największych pokazach. To daje człowiekowi satysfakcję, ze kiedyś stworzyło się coś, co posiada najwyższą wartość. - Przed panem dyrektorem kolejny wyjazd. Proszę uchylić rąbka tajemnicy, dokąd się pan teraz wybiera? Czy jako sędzia, czy konsultant? Co najlepsi hodowcy na świecie cenią u pana dyrektora? - Pod koniec marca wyjeżdżam do Izraela. Zawsze zadziwia mnie, gdy przedstawiciele zwaśnionych krajów, Egiptu, Palestyny, Arabii Saudyjskiej czy Izraela, Kataru, siedzą obok siebie, bo łączy ich jedna pasja. Konie arabskie zawsze łączą, a nie dzielą. Wybieram się do Izraela, gdzie głównie będę sędziował czempionaty. Później odwiedzę Irak, który stał się dobrym rynkiem zbytu dla polskich koni. Może nie tych najdroższych, ale tych, które trudno sprzedać. To są konie w niższych cenach. Tam też będę sędziował pokaz. Wiedza, którą udało mi się zdobyć w Polsce, bardzo chętnie jest wykorzystywana przez ludzi z całego świata. Oni doskonale zdają sobie sprawę, że zajmując się hodowlą koni 10 czy 20 lat, jest wiele rzeczy, o których oni nie wiedzą i chcą się dowiedzieć. Najważniejsze są doznania natury estetycznej. To tak samo, jak oglądamy parę jeżdżącą na lodzie. Ktoś twierdzi, że ta pierwsza para jest najlepsza, a ktoś inny, że ta druga. I z tego trzeba wybrać najlepsze rozwiązanie. Dlatego zaowocował tak długi cykl, który zakładała hodowla koni w Polsce, szkolenia specjalistów. Do tego trzeba mieć specjalne predyspozycje, specyficzne uzdolnienia, zmysł, bo nie można się wszystkiego nauczyć. Można fotografować, ale nie każdy jest dobrym fotografem, można się nauczyć malować obrazy, być dobrym kopistą, ale nie artystą. Jest się czasami tylko wyrobnikiem, rzemieślnikiem. Twórcze zawody mają swoją specyfikę, podobnie jest z oceną koni. - Jak sytuację w hodowli konia arabskiego w Polsce odbierają obcokrajowcy? - Właściwie nikt nie rozumie działań Polaków, decyzji, zmian. Obcokrajowcy mówią właśnie o Polakach, nie o konkretnych partiach. Oni nie mogą zrozumieć, że jest taka zapaść w hodowli koni arabskich w Polsce. Dziwią się, jak to możliwe, że Polacy na własne życzenie ucięli gałąź, na której „siedziała hodowla koni arabskich”. I oddali pole konkurencji. Handlowcy bardzo się z tego cieszą, bo zniknął największy gracz na pokazach i najbardziej prestiżowa aukcja na świecie dyktująca ceny. Teraz Michałów chce wysłać konie na aukcje do Niemiec, aby ratować ceny. Gratuluję pomysłu! Powstała dziura na rynku, którą teraz wypełniają inni. Polska bezpowrotnie traci swoje szanse i długo trzeba będzie je odrabiać.  Rozmawiał Andrzej Nowak Pięciolistna koniczyna 5

[close]

p. 6

Stanisław Żak KTO NIE UCHYBIA W MOWIE… Tytuł pochodzi z listu św. Jakuba, apostoła, z którym kojarzy się dzisiaj sanktuarium w Santiago de Compostella, dokąd pielgrzymują tysiące pobożnych i niepobożnych, zagubionych szukających jakiejś pociechy. Ten list, z którego zaczerpnąłem tytuł, jest bardzo prosty, ale w prostocie ukrywa się wielkość. A to dziwne słowo «uchybiać», właściwie nie używane współcześnie, znaczy «obrażać». W Słowniku poprawnej polszczyzny (Warszawa 1980) podano wiele przykładów «uchybiania językowego». Jest to wykroczenie przeciwko jakimś normom, czyn niewłaściwy, ubliżenie komuś. Można powiedzieć, że na co dzień ktoś uchybia obowiązującemu prawu, nie zachowuje go, uchybia Konstytucji… Nie używamy słowa ale nagminnie obrażamy czyjąś godność, ubliżamy pamięci, przekraczamy formy zachowania. W Beniowskim jest taka scena, kiedy odjeżdżający bohater niespodziewanie spotyka Anielę, która wyznaje mu miłość, a on pyta ją o zdrowie: «zmieszał się i o zdrowie spytał: - ( Co dziś byłoby wielkim uchybieniem». Apostoł pisze o niebezpieczeństwach ukrytych w niewłaściwie użytym języku, w doborze słów, «aby powiedział wszystko, co pomyśli głowa», ale kto używa go rozumnie, kontroluje, «kto nie uchybia w mowie, jest mężem doskonałym, który potrafi nadto trzymać na wodzy wszystkie zmysły». Autor listu poprzez trafne metafory uplastycznia przypowieść o języku. Pisze o koniu, któremu zakłada się wędzidło do pyska, aby nim kierować; o statku, miotanym przez srogie wichry na wzburzonym morzu, «to jednak malutki ster kieruje go tam, gdzie nakaże wola sternika». Języka używamy do modlitwy i do przekleństwa, do wyrażenia chwały i pohańbienia, miłości i nienawiści. Człowiek opanowuje potężną przyrodę, ale «języka nikt z ludzi ujarzmić nie potrafi – to zło bez ładu i stateczności, pełne jadu śmiertelnego» (św. Jakub). Współczesny świat dostarcza na co dzień przykładów nieopanowania języka. Kłamstwo sączy się we wszystkich mediach, posługują się nim nie tylko politycy, ale ci szczególnie. Od kilku lat ciąży nad nami «Wielkie Kłamstwo» katastrofy smoleńskiej. Analizując opowiadaną historię o zamachu dostrzegam perfidną kalkulację jednej strony i irracjonalność drugiej. Ale przecież w Polsce bezmyślenie uchodzi za cnotę, za przejaw patriotyzmu. Czytam w gazecie «złotą myśl» blondynki z tytułem: «V kolumna w Polsce, osobnik bez polskich genów, wspierane z zewnątrz, coraz bezczelniej atakują i upokarzają państwo swojego pobytu. Wgramolili się do Sejmu, mediów, samorządów i za mordowanie polskości pobierają jeszcze od swej «ofiary» wysokie pensje. Kiedy to się skończy?». Myślę, że ta «V kolumna», oprócz genu polskiego, ma jeszcze gen ludzki. Ostatnie pytanie wyraźnie zdradza zmęczenie posłanki z «genem polskim». Proszę poczekać do wyborów! Może nie wybiorą, wtedy odpocznie. „Tygodnik Powszechny” (21 I 2018) zamieścił znakomity tekst dominikanina, o. Ludwika Wiśniewskiego, pod tytułem: Oskarżam. O. Ludwik ma wyraźnie słabszy «gen polski», ale ma wspaniały «gen ludzki», a jako duchowny posiada piękny «gen ewangeliczny», bazujący przede wszystkim na Ewangelii: «Nikt nie mówi, że goszczenie przybyszów, zwłaszcza należących do innej kultury i religii, jest proste. Jednak każdy człowiek skrzywdzony i zraniony, także uchodźca, ma – jak przypomina papież Franciszek - «twarz Chrystusa». Zwolennicy zamknięcia granic przed obcymi głoszą, że bronią cywilizacji chrześcijańskiej, kultury religijnej, ba –Ewangelii i samego Chrystusa”. Pytam: a gdzie miłość, która jest głównym wątkiem chrześcijaństwa i nauki Nauczyciela z Nazaretu? Okazuje się, że kłamstwo usprawiedliwia zło. Takie właśnie kłamstwo sączy się z arcykatolickich mediów, w których ciągle słyszymy o wrogach czyhających i różnych zagrożeniach. W ten sposób wzrasta niechęć do innych, do obcych: „Mistrzem świata w tej kategorii jest o. Tadeusz Rydzyk. W jego wystąpieniach stale 6 Pięciolistna koniczyna

[close]

p. 7

przewijają się zdania: jesteśmy prześladowani, chcą nas zniszczyć, bo kochamy Polskę i Kościół, bezustannie nas atakują”. Angielski historyk, autor historii Polski (Polska Boże igrzysko), chłodny i rozważny – jak to Anglik – powiedział niedawno: «Polscy wierni w koście łykają truciznę”. Można się oburzać, ale nie tak dawno ksiądz powiedział do młodzieży, że Tadeusz Mazowiecki strzelał do «żołnierzy wyklętych»; inny zauważył w homilii, że krakowski „Tygodnik Powszechny” opanowały diabły. Czy nie warto by zapytać obu oratorów, czy wiedzą o czym mówią? Nasz język współczesny wyrzucił takie słowa jak «honor», «odpowiedzialność», «przepraszam» i «dziękuję», a przede wszystkim «kochaj bliźniego». Przyjął inne jak «canalia», morda zdradziecka», «ludzie drugiego sortu», «zdrajcy», «donosiciele», «szmalcownicy», «kolaboranci». My, jako społeczeństwo, przyjmujemy, słuchamy, denerwujemy się albo śmiejemy. Skuteczność kłamstwa chyba najlepiej widać w «rzekomej» reformie sądownictwa. Owa reforma polega na likwidacji albo daleko posuniętej redukcji autonomii sądownictwa, uzależnienie go od polityków. W Konstytucji 3 Maja 1791 czytamy w rocie przyrzeczenia: «Ojczyznę moją wszelkimi sposobami ratować…”. Zapisano też, że „Izba poselska… będzie świątynią” prawodawstwa, natomiast „władza sądownicza nie może być wykonywaną ani przez władzę prawodawczą, ani przez króla”. W sądzie zawsze są dwie strony – jedna wygrywa, druga przegrywa. Łatwo jest uzyskać akceptację u przegranego. Przypomniałem sobie przemówienie posła Janusza Przymanowskiego w Sejmie, w stanie wojennym. Mówił tak szczerze, tak serdecznie, życzliwie o zagrożeniach ze strony «Solidarności». Listy proskrypcyjne, «ustalające kogo i w jakiej kolejności na latarnie. Niektóre zarządy regionów wymieniały na listach proskrypcyjnych również dzieci. Co prawda powyżej lat sześciu». Zupełnie inaczej widział te sprawy internowany poeta Wiktor Woroszylski: Oni przygotowywali zamach mówią zamachowcy Przygotowywali przelew krwi mówią wycierając ręce w mundury Mieli już przygotowane listy proskrypcyjne mówią trzeszczą w uszy cel gdzie skuleni my wzięci o północy odhaczeni na listach proskrypcyjnych. Autor Czterech pancernych i psa wywodził sofistycznie, że internowano nie twórców ale polityków, a Gierek, mimo że chciał dobrze, będzie sądzony jak każdy obywatel, bo wszyscy są równi wobec prawa. Odpowiadając posłowi Zabłockiemu, który «mówił o nieufności do partii ponieważ w przeszłości tępiła katolików» poseł od «pancernych i psa» stwierdził: «Tak było w przeszłości. Partia tępiła katolików w owych czasach, kiedy żołnierz, który poległ w walce z bandami nie mógł być pochowany na katolickim cmentarzu, a jeśli, to pod murem, między samobójcami». Pamiętam takie pogrzeby. Prowadzono nas ze szkoły do kościoła garnizonowego na mszę pogrzebową, a potem na cmentarz. Bardzo często ksiądz towarzyszył konduktowi na cmentarz, przemawiał, modlił się. Czasem słucham, albo czytam w gazecie różne brednie, że Władysław Frasyniuk podlega prawu, które jest dla wszystkich obywateli jednakowe, albo że narodowcy w Częstochowie byli spokojni, modlili się pobożnie i sprowokowali ich Obywatele RP. Przegrawszy w PE sprawę Tuska 27:1 premier wraca jako zwycięzca i dostaje kwiaty. Taki wynik nawet w hokeju się nie zdarza! A jeśli – to jest absolutną klęską! To sromotna klęska. W 1968 roku dokonano zbrodni wyrzucając z Polski Polaków pochodzenia żydowskiego i uzasadniano tę zbrodnię: „Syjonizm aktywnie uczestniczył w organizowaniu prób przewrotu kontrrewolucyjnego w Polsce Ludowej w 1981 r. i w późniejszej walce sił antysocjalistycznych przeciwko władzy ludowej». Przyznam, że czasem trudno być stoikiem, kiedy na przykład przemawia Premier albo Prezydent, ponieważ łatwo dostrzega się denną ignorancję w takiej lub innej kwestii. Minister edukacji nie wie nic o pogromie kieleckim (1946), p. Premier niewiele wie o «żołnierzach wyklętych», p. Prezydent, awanturę międzynarodową, wywołaną ustawą i IPN-ie, uważa za nieporozumienie, ale my wytłumaczymy istotę sprawy – zapewnia. Krętactwo jakiego dopuszczali się tylko komuniści i naziści nabiera rozpędu, przybiera na sile. Czasem myślę, czy Goebels dałby radę naszym patriotom, prawdziwym «Polakom-katolikom» i wtedy powtarzam sobie po cichu taką modlitwę z Kwiatów polskich Tuwima. Zapyta ktoś, dlaczego po cichu? No dlatego, że Tuwim był Żydem, to jaka tam może być modlitwa Żyda. Tylko my, Polacy, umiemy się modlić właściwie. A Żyd Tuwim modlił się nie wiadomo o co: Daj rządy mądrych, dobrych ludzi, Mocnych w mądrości i dobroci. Poucz nas, że pod słońcem Twoim «Nie masz Greczyna ani Żyda». Lecz nade wszystko – słowom naszym, Zmienionym chytrze przez krętaczy, Jedyność przywróć i prawdziwość: Niech prawo zawsze prawo znaczy, A sprawiedliwość – sprawiedliwość. Rządy w Polsce – jak na ironię – sprawuje Prawo i Sprawiedliwość i okazuje się nie ma ani prawa, ani sprawiedliwości. Jest tylko wielka żądza władzy, lekceważenie «suwerena», uchybianie człowiekowi. Dorota Segda, znakomita aktorka, rektor szkoły teatralnej: «Byłam w Warszawie, brałam udział w demonstracjach. To był obłędni zryw społeczeństwa. I kiedy usłyszałam wypowiedź pani premier, że to było opłacane i reżyserowane, to poczułam wstręt do tej władzy». Kiedy wróciłem z internowania jeden ze znajomych zapytał: «to ile zarobiłeś przez ten rok? Bo przecież internowani dostawali pięćdziesiąt dolarów za dzień». Może i dawali, ale nie mam numeru konta więc nie mogę z nich korzystać. Tuwim modlił się o rozwagę przypominając: «Niech więcej Twego brzmi imienia / W uczynkach ludzi niż w ich pieśni, / Głupcom odejmij dar marzenia, / A sny szlachetnych ucieleśnij». O. Ludwik Wiśniewski, jakby pod natchnieniem poety, pisze: „Comiesięczna profanacja. […]. Chodzi naturalnie o miesięcznice smoleńskie. […] Chcę zwrócić uwagę na rzeczy, które dzieją się po wyjściu z katedry. Wyrusza pochód. Na czele niesie się krzyż. Jest odmawiany różaniec. Na transparentach tymczasem czytamy, że tragedia smoleńska to zaplanowana zbrodnia, że «to był zamach». Zastanawiam się nad odpowiedzialnością za to, co się mówi. Czy winę ponosi tylko mówiący czy może również słuchający, który kłamstwo przyjmuje jako prawdę? W takim kłamstwie ukryta jest pogarda dla słuchacza, lekceważenie człowieka. Apostoł pisał w swoim liście: „Z tych samych ust wychodzi błogosławieństwo i przekleństwo. Tak, bracia moi, być nie może!” Pięciolistna koniczyna 7

[close]

p. 8

Zdusić społeczną ofiarność Wychodzą na ulicę, z uśmiechem dołączają do nich kolejni i kolejni, setki, miliony wolontariuszy, obywateli, Polaków. Wszyscy mają wspólny cel – pomoc innym poprzez dołożenie swojej małej cegiełki. Dzięki prowadzonym przez organizacje pożytku publicznego zbiórkom publicznym rodzi się wielka społeczna ofiarność, a przy okazji wspólnota, tak w obecnych czasach reglamentowana i rozproszona. Ten element „zrywu społecznego” w Polsce od lat się sprawdza. Jednak komuś zaczyna wadzić. Wbrew zasadzie, która mówi o tym, że nie powinno się zmieniać rzeczy, które dobrze funkcjonują rząd PiS-u szykuje zmiany dotyczące zbiórek publicznych. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji będzie mogło odmówić rejestracji zbiórki, jeśli „wskazany w zgłoszeniu cel zbiórki publicznej byłby sprzeczny z zasadami współżycia społecznego lub naruszał ważny interes publiczny”. Zapis mętny, nieostry i niewyrazisty. Otwiera worek, do którego można wrzucić szeroki zakres indywidualnych interpretacji. A te będą zależne od pracowników resortu – urzędników. Zapis zupełnie niepodobny do obecnie istniejącego, który mówi, że ministerstwo może odmówić rejestracji zbiórki, kiedy jej cel jest niezgodny z prawem lub nie mieści się w sferze zadań publicznych opisanych w ustawie o działalności pożytku publicznego, lub nie jest celem religijnym. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji będzie mogło odmówić rejestracji zbiórki?! Organizacje pozarządowe krzyczą. I nie można się dziwić ich kontestacji. 30 dużych organizacji wystosowało apel do Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji Joachima Brudzińskiego. Piszą w nim: „Wyjątkowość ustawy o prowadzeniu zbiórek publicznych polega na tym, że wprowadziła rozwiązanie proste dla podmiotów prowadzących zbiórki, przejrzyste z perspektywy darczyńców i, co bardzo ważne, jednocześnie bezpieczne z perspektywy nadzoru państwa. Dzięki temu możliwe jest mobilizowanie się obywateli i organizacji społecznych wobec ważnych dla nich inicjatyw m.in. takich, które wymagają szybkiej reakcji np. w przypadku klęsk żywiołowych. Warto też dodać, że ustawa powstała w wyniku modelowych konsultacji publicznych.(…) Apelujemy o pozostawienie ustawy o zbiórkach publicznych bez zmian.(…)”. Pod apelem podpisały się między innymi: Fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko”, Fundacja im. Stefana Batorego, Greenpeace, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Instytut Spraw Publicznych, WWF Polska, Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce w Polsce, czy Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, która od 26 lat gra dla milionów Polaków. Dzięki organizowanej przez nią największej zbiórce publicznej w Polsce poprawia się stan zdrowia wielu pacjentów, ratuje się im życia poprzez zakup sprzętu dla oddziałów: pediatrycznych, onkologicznych, rehabilitacyjnych, neonatologii, czy dla seniorów. To nie wszystko. Oprócz wymiaru finansowego geniusz tej zbiórki – Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i jej inicjatora Jurka Owsiaka polega także na tym, że jest ona świętem Polaków, świętem solidarności i społeczeństwa obywatelskiego. Szykowane zmiany w prawie uderzają we wszystkie organizacje pozarządowe i mogą doprowadzić do stłamszenia takich zrywów wspólnoty, jedności i braterstwa.  Adam Jarubas 8 Pięciolistna koniczyna

[close]

p. 9

Życiorys człowieka doświadczonego Szukając bohaterów not biograficznych, kierujemy się niezwykłymi dokonaniami, pozostawieniem jakiegoś śladu materialnego. Ale przez takie podejście pomijamy wiele osób, które zasługują na pamięć, ponieważ godnie żyły i starały się być potrzebne. Ja też, gdy usłyszałem o tym gościu pomyślałem, że taki życiorys, jak wiele innych. Ale coś nie dawało mi spokoju. I o nim napisałem. Henryk Krawiecki urodził się 21 lipca 1929 roku w Drelowie, powiat Radzyń Podlaski. Ojciec, Bronisław Krawiecki, pochodził z Rembertowa z rodziny młynarskiej, potem za żoną przyjechał na Podlasie, kupił tam wiatrak. Matka Anna, z domu Ziemska, była z pochodzenia Łemką - ludzi tych prześladowano ze względów narodowościowych i religijnych, co zaważyło na późniejszych losach i świeckim światopoglądzie Henryka. W czasie wojny, mimo młodego wieku, Henryk wraz z bratem Józefem poszli do partyzantki. Tam przepisywał teksty do biuletynów i ulotek Biura Informacji i Propagandy Związku Walki Zbrojnej - Armii Krajowej i je rozpowszechniał. Z czasem ujawnił się Jego talent pisarski i samodzielnie redagował informacje z nasłuchu radiowego. W 1942 roku hitlerowcy schwytali jego brata i przewieźli do Majdanka, a potem zamordowali w Oświęcimiu. Ojciec bardzo to odchorował, zmarł 1943 roku. Wówczas na głowie Henryka zostało utrzymanie matki i dwóch sióstr. Kiedy wyzwolenie Polski przez Armię Czerwoną przyniosło tragiczne rozczarowanie, bo ludność z Drelowa i okolic zapakowano do wagonów i zaczęto wywozić na Wschód, Henryk wrócił do partyzantki. Publikował w wydawnictwach WiN, a także brał czynny udział w kilku akcjach zbrojnych. W trakcie jednej z nich postrzelono pracownika milicji, co zresztą później służby bezpieczeństwa wykorzystywały utrudniając niejednokrotnie awanse zawodowe. Ujawnił się dopiero, gdy wydano dekret o amnestii w 1947 roku. Zdał broń i został nią objęty. Musiał jednak wyjechać z rodzinnych stron na ziemie odzyskane, do Wrocławia. Tam pracując jako ślusarz w fabryce Wielkich Maszyn Elektrycznych, a później w Państwowym Gospodarstwie Rolniczym Udonin nadrabiał zaległości w nauce, zdał maturę i dostał się na Wydział Handlu w Szkole Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie. W 1954 roku skończył studia, uzyskał tytuł magistra ekonomii (nr indeksu 299). W 1979 r. ukończył Studium Podyplomowe ze specjalnością transport samochodowy na Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Całe swe życie zawodowe Henryk Krawiecki związał ze spółdzielczością wiejską, w której pełnił kierownicze funkcje w Dobrym Mieście, Olsztynie, Tarnobrzegu, Kielcach. Jego pasją było jednak dziennikarstwo, na studiach był korespondentem studenckiego czasopisma społeczno – literackiego „Po prostu”. Później pisał do „Dziennika Ludowego” i „Zielonego Sztandaru”, zostając redaktorem tego tygodnika. Dwukrotnie przyznano mu nagrody publicystyczne im. Tomasza Nocznickiego. Henryk Krawiecki od najmłodszych lat żył polityką, zabiegając o prawa wsi i rolników. Od 1947 roku należał do Związku Młodzieży Wiejskiej, w czasie studiów był sekretarzem koła Akademickiego Związku Młodzieży Polskiej i prezesem uczelnianego koła Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Z partią ludową zawsze był związany - mimo iż wielokrotnie usiłowano przekonać Go, iż jedyną słuszną jest „przewodnia siła narodu”, pełnił w niej kierownicze funkcje, był, m.in., kierownikiem Wydziału Organizacyjnego WK ZSL w Olsztynie oraz kierownikiem Wydziału Oświaty i Kultury WK ZSL w Kielcach, przed śmiercią pracownikiem Wydawnictwa „Prasa ZSL”. Był cenionym lektorem, który potrafił dotrzeć na umówione spotkanie bez względu na pogodę i możliwości komunikacyjne10. Jego współpracownicy z tamtego okresu wspominają Go, jako człowieka niezwykle pracowitego i bezinteresownego, stawiającego dobro innych przed własnym. Córka Anka (znana kielecka dziennikarka) we wspomnieniach widzi Ojca zawsze wśród ludzi i zawsze dla innych. Działając na Kielecczyźnie inicjował, m. in., budowę pomnika Bartosza Głowackiego w Racławicach. Zmarł 14 października 1985 roku w  Kielcach w  wieku 56 lat. Do wielu odznaczeń przybył mu przyznany pośmiertnie Krzyż Kawalerski. Sylwetkę Henryka Krawieckiego chciałbym przybliżyć wszystkim, którzy pragną szczerze działać dla innych ludzi. Przez życie człowieka, którego nie znałem, pokazać, że można znaleźć swoje miejsce na ziemi w zgodzie z własnymi przekonaniami, wartościami.  Dariusz Detka Pięciolistna koniczyna 9

[close]

p. 10

Ociński trakt (fragmenty) Pamiętam dobrze wieczory, kiedy drącym pierze i słuchającym z zapartym tchem kobietom, matka czytała kolejne opowiadania „Drogi przez wieś” Wincentego Burka. Było cicho, cienie rąk na bielonych ścianach poruszały się bezszelestnie, a wzruszenie razem z puchem wirowało pod sufitem. A kiedy „zakucznik” (poborca podatkowy) zdzierał z biedaka ostatnią koszulę, pożar trawił czyjeś pobudynki lub przychodziła zbyt wczesna śmierć, dłonie kobiet zamierały. Nieruchome stawały się także cienie na białej ścianie. Podbite emocją słowa biegały po nerwach, pozostawiając wzru- szenie, które tkwi we mnie do dziś... I właśnie ta pamięć utrudnia mi pisanie, bo nijak nie potrafię zdobyć się na dystans będący wszak koniecznym elementem krytycznego obiektywizmu. Dlatego też ten tekst z założenia nie będzie nawet próbą obiektywizowania Burkowych dokonań, lecz lirycznym wspomnieniem z elementami subiektywnych wzruszeń. *** ...Wciąż idą tą drogą. Na czele Siwy Kaźmirz z pokrajaną zmarszcz- Wincenty Burek i Jan Adam Borzęcki (1984) foto. J. Myjak kami twarzą i rękami, na dłoniach których wypisany ma trudny na zegarek, gospodarz podejmował nowy wątek, a gość znowu życiorys. Dalej Grześ, któremu zachachmęciło się niebo nad głową zapominał o bożym świecie. i który do Ameryki pojechał szukać szczęścia, ale daremnie, bo zły Znam to z autopsji, bo kilka razy miałem szczęście być dopusz- los przepłynął z nim ocean. Potem Weronika ze swoim nieszczę- czonym do takiej biesiady. śliwym szczęściem, Waluś, Władek i insi. Wstały dawne chałupy, *** z przeszłości podniosły się drzewa, zaskrzypiały koła „żelaznych” Gdyby nie ambicja rodziców, którzy postanowili wykierować wozów, głodem na przednówku zapiszczała bieda. Wicka na „człowieka”, być może jego życiowa droga skończyłaby się I wstawał we mnie tamten Ocinek... na błotnistym trakcie rodzinnej wsi i polach, mierzonych krokami Taką to imaginację wywołać potrafi dobra literatura. Idę podczas orki i kośby. W wywiadzie z Józefem Myjakiem (...) tak oto bowiem drogą, której niezmienność zagwarantowana została sam wspominał pierwszy okres swojego życia: Moje dzieciństwo zastanawiającą trwałością pisanego słowa; drogą przez wieś, i młodość w podsandomierskim Ocinku niczym nie różniły się która utkwiła w literaturze, a jej zbytnio od tego okresu życia w bio- kronikarz przesunął swą obecność ...Wciąż idą tą drogą. Na czele Siwy Kaźmirz grafiach inteligentów chłopskiego poza granice fizycznego bytu. Idę z pokrajaną zmarszczkami twarzą... pochodzenia z  epoki zaborów. więc przez nieśmiertelną wieś. W dzieciństwiepasałosięgęsi–podró- Jesień odlistowiła drzewa, porudziała Orłowa Góra, wbijająca się słszy nieco – bydło, w ósmym roku życia szło się do 3-oddziałowej klinem w rzeczną dolinę, odsłaniają się z zieleni domy różnego szkółki, odległej – jak moja – o parę wiorst, przy czym chodziło się wieku i kondycji... nieregularnie: w zimie jako tako, bo pomoc w gospodarstwie nie Kiedy gratulowałem Wincentemu Burkowi wrażliwości i wyobraźni, absorbowała, za to jesienią i wiosną niesystematycznie. rzekł skromnie, że on tylko pozbierał to, co podszepnął mu Ocinek; I być może na tym zakończyłaby się edukacja przyszłego pisa- że opowieści pozszywał z nadopatówkowej mgły i kurzu drogi rza, gdyby nauczyciel ze szkółki w Górach Wysokich nie wypatrzył biegnącej wzdłuż wsi. Idę więc przez wieś, mającą szczęście wydać w nim zdolności i zarekomendował rodzicom dalsze kształcenie. na świat kogoś, obdarzonego znakomitym literackim słuchem. Poszedł więc Wincenty do sandomierskiego gimnazjum, gdzie * * * wiedzą dzielił się z nim sławny później regionalista Aleksander Ale jesień życia spędził pisarz daleko od wsi, która była począt- Patkowski. A potem wybrał filologię angielską na Uniwersytecie kiem jego życiowej drogi. Warszawskim, bo - jak zwykł tłumaczyć - bardzo chciał czytać Urodził się 14 października 1905 r., na zakręcie drogi, którą Conrada w oryginale. uczynił nitką, a na którą nanizał poboczne opowieści. W chałupie, Burkowa droga do literackich laurów była dość przypadkowa. Bo która staraniem dzieci, po latach miała stać się domem pamięci jakoś tak jest, że jedni z mozołem wspinają się na Parnas i z trudem pisarza. Jego ojcem był Kazimierz Burek, który dzięki synowi stał pokonują prąd Skamandra, a innym przychodzi to nadspodziewanie się humanistycznym i literackim herosem. Matką zaś była Marianna łatwo. Tak jak Burkowi, który zdobył muzę jakby przpadkiem i już z Sochów. Nazwisko panieńskie podaję specjalnie, bowiem tak za pierwszym podejściem. właśnie zwykł czynić pisarz. Zapewne po to, aby mieć pretekst do Zdarzyło się to w 1933 r. za sprawą ambitnego kolegi, który rozwijania tematu rodzinnych koligacji. A że miał pamięć wspaniałą owładnięty dziennikarską pasją, zasypywał tekstami warszawskie oraz talent oratorski, płynęła opowieść snuta czyściutką polsz- redakcje, które jakoś nie kwapiły się z ich drukiem. Postanowił tedy czyzną z dodatkiem upiększającej gwary, dzięki której gawęda Wincenty pomóc przyjacielowi i napisał dwa opowiadania, które nabierała autentyczności. I ani się człowiek obejrzał, mijała jedna pod nazwiskiem kolegi wydrukowano w piśmie „ABC Literacko godzina, a potem druga. A kiedy gość z zażenowaniem spoglądał Artystyczne”. Następne opowiadania sygnowane już były nazwi- 10 Pięciolistna koniczyna

[close]

p. 11

skiem prawdziwego autora, który z dnia na dzień okrzyknięty dziennego, bo decyzją cenzury gotowy już tom pt. „Odmienione został literatem. Opowiadając o okolicznościach powstania książki drogi” poszedł na przemiał. Podobno w jej treści dopatrzono się Wincenty Burek powiadał skromnie, że to zasługa wsi: Ckniło mi odchyleń prawicowo - nacjonalistycznych. Książkę tę – znacznie się za Ocinkiem, tom i o nim pisał. A że w domu bogato nie było, jednak okrojoną – wydano dopiero w 1969 roku pod tytułem to i grosz się za to pisanie przydał. „Nawałnica”, do czego zresztą przyczynił się ówczesny redaktor * * * literacki Ludowej Spółdzielni Wydawniczej, rodak z pobliskich Rzadko zdarza się, aby już pierwsza książka wprowadziła pisarza Dwikóz, późniejszy znakomity pisarz, Wiesław Myśliwski. W 1956 r. na literackie wyżyny. A tak właśnie stało się z Wincentym Burkiem. wydano zaś, wspomniany wyżej, gwarowo wykastrowany tom „Siwy Wydana w 1935 r. „Droga przez wieś” stanowiła autentyczne wyda- Kaźmirz i insi” z przedmową Jarosława Iwaszkiewicza. O książce tej rzenie literackie. Świeży styl narracji, język rodem z podsandomier- sam autor nie miał dobrego mniemania, nazywając ją „sfuszero- skiej wsi - jędrny, dosadny, przaśny, wanym zlepkiem „Drogi przez wieś” plastyczny nową odmianą poetyki Burkowa droga do literackich laurów i pechowych „Odmienionych dróg”. - bulwersował zarówno koneserów, była dość przypadkowa Na pytanie, dlaczego zgodził się jak i laików (..). na jej wydanie, odpowiadał krótko Kiedy dziś czyta się „Drogę przez wieś”, trudno pojąć powody przysłowiem: Na bezrybiu i rak ryba. szumu powstałego wokół kilku epizodów z życia jakiejś tam wsi. Życiowy zwrot dokonał się w 1962 r., kiedy to pisarz z ulgą Gdzież polityka w tym, że Siwy Kaźmierz zasypał Roleński Dół albo pożegnał Sandomierz i przeniósł się do Warszawy. Doszło do że „zachachmęciło się” niebo nad Grześkiem? Kto jednak podłoży do tego za sprawą całkowitego przypadku. Pewnego dnia zdarzyło tekstu ówczesne realia polityczno-społeczne, zrozumie gwałtowne się Wincentemu Burkowi oprowadzać po Sandomierzu marszałka reakcje. Wydanie książki przypadło bowiem na okres ruchów chłop- ówczesnego Sejmu Czesława Wycecha, który dowiedziawszy się, skich, zakończonych kaźnią na Podkarpaciu. Wywabiające działanie kogo ma za przewodnika, pomógł mu w przeprowadzce do stolicy, czasu sprawiło jednak, iż dziś „Droga przez wieś” traktowana jest gdzie przez 7 lat pełnił Burek funkcję redaktora naczelnego pisma niemal jak pozycja historyczna. „Teatr Ludowy” (późniejsza „Scena”). W tym okresie przygotował do * * * druku tom opowiadań autorstwa szwagra Stanisława Młodożeńca. Wydaje się, że do tak żywego odzewu krytyczno-czytelniczego Po przejściu na emeryturę pisał pamiętniki, których wydanie swego przyczyniło się zastosowanie w opowiadaniu środków wyrazu bli- czasu zapowiadała Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, ale dotąd skich reportażowi. Pozorny dystans narratora, oszczędna literacka nie ukazały się. Może kiedyś... ornamentyka oraz dbałość o realia – łącznie z językiem - przyczyniły *** się do zwielokrotnienia sugestywności przekazu (...). Przed chwilą zamknąłem książkę „Przyjaźń z Sandomierzem Podsumowaniem niech będzie wypowiedź znakomitego prozaika, w tle”, będącą zbiorem korespondencji między Jarosławem Iwasz- a zarazem Burkowego krajana, Wiesława Myśliwskiego: Dzisiaj, kiedy kiewiczem a Wincentym Burkiem z lat 1945 – 1963. Książka zawiera gwara ulega gwałtownemu zanikowi i degeneracji, a w twórczości 151 listów, z których 80 skreślił własnoręcznie autor „Podróży do literackiej spotyka się już tylko szczątki, gdy właśnie w twórczości Polski”, a 71 – autor „Drogi przez wieś”. Listy te zebrał i opracował literackiej pleni się w coraz większym stopniu dziennikarski żargon klan Burków: Marta, Tomasz i Krzysztof. I chwała im za to (...).. o skłonnościach redukcyjnych, gwara Burka objawia się w tym peł- Bardzo dobrze się stało, że wyszła ta książka, która nie tylko niejszej krasie jej słowotwórczej, składniowej i frazeologicznej inwencji. będzie ozdobą półki z sandomirianami, ale żywym świadectwem Ta gwara stanowi nie tylko świat mowy, komunikacji, ale zarazem zauroczenia pisarza miastem i przyjaźni z jednym z jego niepo- niekonwencjonalizowanej wrażliwości ludzi prostych, ukazujący ich ślednich obywateli. twórczy stosunek do zjawisk, jakimi obdarza ich natura, do wydarzeń, O tym, że Sandomierz był klejem wiążącym przyjaźń obu pisarzy, jakie niesie im życie, do rzeczy i przedmiotów, które ich otaczają, a nade może świadczyć ciąg dalszy znajomości. Krzysztof Burek w słowie wszystko do własnych uczuć. Toteż tekst Burka czyta się dzisiaj jak wstępu zawarł celne spostrzeżenie. Rzecz charakterystyczna: kore- pełen urody zabytek językowy (Posłowie do: Wincenty Burek, Droga spondencja, która powstała po 1963 roku, ma charakter odmienny; przez wieś W-wa 1967) słabnie nie tylko jej częstotliwość (zaledwie 19 zachowanych listów * * * i kartek!), ale również jej objętość i temperatura. Pewna zdawko- „Droga przez wieś” otworzyła Wincentemu Burkowi drogę do wość, okazjonalność, żeby nie powiedzieć przypadkowość – jest redakcji gazet związanych z ruchem ludowym. Współpracował m.in. wystarczającym dowodem na to, że właśnie Sandomierz, miejsce z „Młodą Myślą Ludową”, „Wiciami”, a także redagował czasopisma ich – jakże różnej! – obecności, był kołem zamachowym wieloletniej wydawane przez Związek Nauczycielstwa Polskiego - „Młody Wiejski przyjaźni i wieloletniej korespondencji. Płomyczek”, „Płomyk” i „Gazeta Szkolna”. Wraz z innymi radykalnymi Na paradoks zakrawa więc fakt, że po przeprowadzce do Warszawy pisarzami w 1936 r. podpisał „Deklarację Praw Młodego Pokolenia”. związek obu panów znacznie się rozluźnił, a z czasem znajomość Na literackim polu prześladował go pech, bo napisana pod koniec urwała się całkowicie. lat trzydziestych powieść zaginęła we wrześniu 1939 r. podczas Widocznie Burek z Sandomierzem w tle był dla Jarosława znacznie oblężenia Warszawy. bardziej interesujący. Potem przyszła okupacja i powrót do Sandomierza, w którym *** pisarz miał mieszkać do 1962 r. (...) Jest 11 lipca 1988 roku. Przed chwilą wróciłem z pogrzebu Prowincjonalne ambicje, małomiasteczkowe zadufanie oraz pro- Wincentego Burka, który spoczął na sandomierskim Cmentarzu blemy rodzinne, skutecznie chłodziły literacki zapał. Nie miał także Katedralnym. Smutno mi więc, nostalgicznie i żałobnie. Jak zwy- literackiego fartu. W 1948 r. „Gazeta Ludowa” zaczęła drukować cykl kle w takich momentach nadciągnęły myśli o ludzkiej kruchości, opowiadań, ale dalsza część ocińskiej historii nie ujrzała światła o zbyt krótkiej człowieczej drodze i beznadziejnej kapitulacji Pięciolistna koniczyna 11

[close]

p. 12

wobec dyktatury czasu zmieniającego wszystko w byłe. Bo kto jak i bliźnich nastawiony tak przyjaźnie, jakby nie dane było mu zaznać kto, ale Wincenty Burek nie pasuje mi do czasu przeszłego. Mimo niczego złego. Chociaż odsłaniał się czasami mówiąc z wyraźną osiemdziesięciu trzech lat potrafił zarażać weselszym patrzeniem przykrością o dolegliwościach i upokorzeniach sandomierskiego na świat, optymizmem i wiarą w przyszłość. okresu. Z goryczą mówił o małostkowości, prowincjonalnych Ostatni raz spotkałem go bodaj w końcu maja tego roku. Było to ambicyjkach, o zadufaniu i egoizmie. Kochał Sandomierz i Sando- w Warszawie na Starym Mieście nie opodal pomnika Kilińskiego. mierszczyznę, ale tutejszych luminarzy wspominał z gorzką ironią. Powitał mnie po swojemu: Toteż, kiedy dyrektor Collegium Gostomianum Józef Nowak, nad - Co robi sandomierzak w Warszawie. grobem mówił o pamięci sandomierzan, pomyślałem, że niektórzy - Mógłbym zapytać o to samo... powinni mieć wyrzuty sumienia. - E, ja tam jestem sandomierzakiem na wygnaniu ... - spoważniał W moim kąciku wisi, mająca dziś historyczny już wymiar fotografia, na chwilę, posmutniał, ale rychło jego rubaszna natura wzięła górę którą Józef Myjak zrobił Burkowi i mnie. Było to podczas wizyty, nad niezbyt przyjemnymi wspo- którą w sierpniu 1983 roku złożyli- mnieniami - Ale i tu chodzę nad Wisłę. Co prawda trochę tu inaczej, ale przecie i ta woda płynęła przez Sandomierz.... W moim kąciku wisi, mająca dziś historyczny już wymiar fotografia, którą Józef Myjak zrobił Burkowi i mnie. śmy pisarzowi z okazji opisywania opatówkowego szlaku. Na półce stoi książka z ciepłą dedykacją ( ...) a w niej kilka jego serdecznych Szliśmy chwilę razem. Pytał o sandomierskie nowiny, interesował listów, w których dziękował za zainteresowanie jego „pisarskim się moim pisaniem. Ale ja śpieszyłem się na umówione wcześniej przypłodkiem”. spotkanie i rychło pożegnaliśmy się. Gdybym wówczas wiedział, Ale najważniejsze pozostaje w pamięci. że będzie to nasza ostatnia rozmowa, nie odszedłbym tak szybko. *** Jego serdeczność ujęła mnie już podczas pierwszego spotkania. Szliśmy w kondukcie z Julianem Kawalcem, który nawiązując do Pisałem wówczas szkic literacki o jego twórczości (opublikowany tytułów Burkowych książek rzekł do mnie: później w „Tygodniku Kulturalnym”) i wybrałem się doń po garść - Popatrz, jaka przekora losu - ostatnia droga autora „Drogi przez informacji. Przesiedziałem ponad pięć godzin wsłuchany w głos wieś” wiedzie przez miasto. Trudno o bardziej odmienione drogi... gospodarza, wyjątkowo sprawnego gawędziarza, jak rzadko kto A za trumną szli zarówno miejscy, jak i wiejscy potomkowie umiejącego posługiwać się piękną polszczyzną, okraszoną perełkami tych, o których pisał. podsandomierskiej gwary. Byłem zdumiony jego wielką wiedzą Słuchając pożegnalnych słów przypomniałem sobie jednego i umiejętnością jej przekazywania. z bohaterów „Drogi przez wieś”, Marcina Krysę i jego pożegnanie I tak było podczas każdego następnego spotkania. Wychodziłem z ziemią: Marcin Krysa w gospodarskim śrataniu rozstał się z wierną zauroczony, z uczuciem przeżycia czegoś naprawdę ważnego. ziemią. Ażeby tak wcześnie i tak niespodziewanie dać jej siebie Obiecywałem sobie rychło skorzystać z zaproszenia gospodarza, w miłosierną opiekę. ale potem życie wciągało w swoje tryby i sprawiało, że do drzwi Niechaj i Tobie Wincenty, ta sandomierska ziemia miłosierną Wincentego pukałem rzadko. będzie (...). Miał w sobie coś wyjątkowo krzepiącego. Ten postawny, siwy człowiek, który miałby prawo mieć do życia pretensje, był do świata  Jan Adam Borzęcki 12 Pięciolistna koniczyna Europejska Partia Ludowa (Chrześcijańscy Demokraci) jest największą organizacją polityczną w Europie zrzeszającą 75 partii członkowskich z 40 krajów, w tym od 2004 r. PSL. Obecnie wywodzi się z niej m.in. Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, 12 szefów państw i rządów, 14 z ogólnej liczby 28 unijnych komisarzy – w tym Przewodniczący Komisji Europejskiej – Jean-Claude Juncker, a Grupa EPL jest największą spośród frakcji politycznych w Parlamencie Europejskim. EPL została powołana do życia w 1976 r. w Luksemburgu przez partie chadeckie wywodzące się z: Belgii, Irlandii, Francji, Holandii, Luksemburga, Niemiec i Włoch, a jej pierwszym przewodniczącym został ówczesny premier Belgii Leo Tindemans. 40 lat później, 30 maja 2016 r. – również w Luksemburgu – zgromadziło się blisko 700 przedstawicieli partii członkowskich oraz zaproszonych gości, aby świętować okrągłą rocznicę powstania Europejskiej Partii Ludowej. Z ramienia PSL w obchodach uczestniczył europoseł Czesław Siekierski. Obecnym przewodniczącym EPL jest były szef Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi Parlamentu Europejskiego, rolnik spod Strasburga – Joseph Daul, a Grupie EPL w europarlamencie przewodzi Bawarczyk Manfred Weber.

[close]

p. 13

Z podniesioną głową Hardy Hardy był od młodych lat. – Panie książę, pan przyjechał dziś do nas po głosy. Niech pan książę powie, co dotychczas zrobił dla nas jako senator. Nic pan nie zrobił! Nawet wtedy, gdy Witos podczas pobytu w Koniemłotach zwrócił się do pana i wojewody. Zawetował pan ustawę o reformie rolnej, którą sejm uchwalił. A teraz przyjeżdża i prosi o głosy?! Tak odezwał się Stanisław do ówczesnego senatora, księcia Krzysztofa Radziwiłła podczas spotkania w Oleśnicy. Był 1938 rok. Na zebraniu w szkole siedział ksiądz, kierownik szkoły. Stanisław chodził jeszcze do szkoły. – No, podejdź do tablicy, mądralo! – żartowali potem nauczyciele. Na siłę powstała za to spółdzielnia w Święcicy koło Staszowa. I do czego doszło? Wszystko zostało rozszabrowane. Dobrzy rolnicy, którzy przystąpili do wspólnego gospodarowania, zostali dziadami. W tym czasie w Pieczonogach nastał partyjny sołtys, który nazywał się Opałka. Przyszedł kiedyś do Stanisława pod wieczór. Siedział już trochę, aż niespodziewanie odezwał się przed wyjściem: – Stasiu, wiesz po co przyszedłem? – Po co? – Nie zabieraj głosu na zebraniach. Nie wygaduj za dużo. Mieliśmy zebranie partyjne. Czyhają na ciebie. Planują aresztować. Chcę, żebyś o tym wiedział, bo rozmaicie bywa. Dobry nauczyciel Partyzantka Akurat odbywały się ćwiczenia plutonów. Ponad trzydziestu chłopaków chciało wstąpić do Batalionów Chłopskich. – Kto ma tekst przysięgi? – spytał porucznik Zygmunt Głuski, dowódca Okręgu Północnego. – Panie poruczniku, ja mam w pamięci przysięgę – odezwał się Stanisław, który kierował placówką w Podlesiu. – To proszę mówić powoli. Będą za wami powtarzać. Na pamięć nauczył się słów przysięgi. W razie zatrzymania nie chciał mieć przy sobie żadnych dokumentów. Słowa przysięgi i dzisiaj, po ponad siedemdziesięciu latach, powtarza bez zająknięcia: – W obliczu wiekuistości minionych pokoleń praojców i ojców naszych, w obliczu nieśmiertelności ducha Ojczyzny mojej, Polski... Kierownik szkoły należał do partii, Stanisław – do PSL. Bardzo często obydwa ugrupowania ścierały się. – Jak się pokłóciliśmy na zebraniu, bałem się, że będzie się mścił na córce – opowiada Stanisław. Pytał córkę Władysławę, kiedy obraduje rada pedagogiczna. Wiedział, że jak nauczyciele wystawią stopnie, to potem nawet minister nie poprawi. Poszedł do kierownika, by dowiedzieć się, co otrzymała z języka polskiego i matematyki. – No jak to co? – zdziwił się dyrektor. – Piątki. Jak ja się z panem pokłócę, to na dziecku będę się wyżywał? Stanisław mówi, że to był bardzo dobry nauczyciel. Mikołajczyk Stanisław Mikołajczyk wrócił do Polski przed referendum. Gdy przyjechał na kongres i wszedł na salę, ludzie pół godziny bili brawa. – Po co Mikołajczyk przyjechał? – spytał zaczepnie jeden z partyjniaków. – Ja muszę wam mówić, po co przyjechał? – dziwił się Stanisław. – Dzięki Mikołajczykowi powstał Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej. To wy partyjni tego nie wiecie? Ale wiecie, jak chłopa uciemiężyć! Dzięki Mikołajczykowi wieś trochę odetchnęła. Kołchoz Stanisław miał sporo kłopotów, gdy próbowano na siłę tworzyć spółdzielnie produkcyjne nazywane przez miejscowych kołchozami. Nie zgadzał się na nowe formy gospodarki, które sztucznie przenoszono ze Wschodu. Nie doszło do założenia spółdzielni w Pieczonogach, chociaż zakusy były spore. Jedna z kobiet tak się zdenerwowała, że traktorzystę uderzyła motyką, gdy wjeżdżał na jej pole. Potem musiała się tłumaczyć, chodzić po sądach. To dzięki takim jak ona żaden kołchoz nie powstał w gminie Oleśnica. Stanisław Siekierski urodził się 25 września 1919 r. w Podlesiu, w rodzinie chłopskiej. W 1935 r. został członkiem Związku Młodzieży Wiejskiej RP „Wici”, w latach 1938-39 należał do Stronnictwa Ludowego. Przysięgę żołnierza Batalionów Chłopskich złożył w Strzelcach w listopadzie 1941 r. Po wojnie został członkiem Polskiego Stronnictwa Ludowego, podobnie jak wszyscy członkowie SL. Przez cały czas, gdy tylko był sprawny, działał w organizacjach chłopskich, ludowych, kombatanckich. Mieszkał w Pieczonogach, gmina Oleśnica. Zmarł 17 lutego w 99 roku życia. Pięciolistna koniczyna 13

[close]

p. 14

Duchowny Przyjechał kiedyś po księdza, bo zachorował cioteczny brat ojca. Duchowny akurat jadł śniadanie i coś tam notował. Nie spieszył się wcale do wyjazdu, chociaż padał śnieg z deszczem. – Czekamy, czekamy – opowiada Stanisław. – W końcu poszedłem do księdza i nakrzyczałem na niego. Jak tak można lekceważyć ludzi. Patrzymy, a tu za pięć minut biegnie już ubrany. Z księżmi jak z ludźmi, są mniej i bardziej uczynni. Jedni potrafią rozmawiać z wiernymi, inni się izolują, wywyższają. – Ksiądz Bolesław Gadomski świetnie dyskutował z partyjnymi, chociaż miał różne dni – mówi Stanisław. – Trochę się z nim pokłóciłem, gdy spokojnie popijał herbatę, a chory czekał na ostatni sakrament. Pół sarny Podczas spotkania w Busku-Zdroju jeden z mieszkańców mówi, że nie zna Czesława Siekierskiego. Gdy dowiaduje się, że to syn Stanisława, odpowiada: – Znam Stanisława i będę głosował na jego syna! W 1997 roku Czesław dostaje się do Sejmu. Bardzo dużo osób przyjeżdżało wtedy do Stanisława, by załatwić przez syna pracę. Jeden z mieszkańców Ossali przywiózł nawet pół sarny. – Nie ma o tym mowy! – denerwował się Stanisław. – Proszę to zabierać. Syn kategorycznie przestrzegł mnie, bym nie przyjmował najmniejszych datków. Samoluby Dużo czytał. U ojca w Podlesiu była szkoła, gdzie znajdowała się biblioteka. Dom się jednak spalił, a z nim książki. Trochę udało mu się uratować. Zaczął od „Robinsona Cruzoe”, którego przeczytał nawet dwa razy. Podobali mu się „Chłopi”, „Krzyżacy”, „Pieszo z Syberii”. – To tak ciężkie książki, że gdy stały w szafce, pękła półka ze szkła – opowiada. – Muszę nową szafkę przygotować na książki. Zachwyciło go „Quo vadis”. – Chociaż drobnym drukiem wydane i trudno przebrnąć przez strony – nie ukrywa. Najbardziej zafascynował go „Pan Tadeusz”. Doskonale zna Mickiewicza. – Niedawno uczniowie przybiegli do mnie i spytali, czy pamiętam „Odę do młodości” – mówi – Chcieli, by im streścić. Pomogłem im i dostali potem po czwórce. Stanisław wyjaśnia, że nad „Odą do młodości” należałoby się dłużej zatrzymać. – Dawniej sąsiad szedł do sąsiada poklepać kosę, siąść, pogadać – mówi. – Teraz nawet się nie znają. Każdy zamknięty w domu, ogląda telewizję. Porobiły się, jak pisał Mickiewicz, samoluby. Mowa pogrzebowa Mowa Stanisława trwała zazwyczaj kilkanaście minut. Nie tak, jak kulawego Gila z Podlesia, który ograniczał się do minimum. Kazał zmówić pacierz, trzy razy „Wieczne odpoczywanie...”. Krótko. Zmarł ten i ten, żegna tych i tych. I wszystko. Stanisław miał też wyczucie, jak żegnać daną osobę. Nie tak, jak Karcz, który przed nim wygłaszał mowy w Pieczonogach. – Odszedłeś i któż wam teraz będzie obory sprzątał? – mówił Karcz. – Nieodpowiednio powiedział – śmieje się Stanisław. – Nie takie słowa wypowiada się podczas ostatniej drogi. Jak to się zaczęło, że wygłaszał mowy? Około 1955 roku umarła Zofia Socha. Nie wypadało, by żegnał ją brat Stefan Borycki, który prowadził mowy. Przyszedł do Stanisława i poprosił, by powiedział coś od siebie przy trumnie. Gdy przemówił, od tamtego czasu wszyscy do niego przychodzili. Bywało, że żegnając wiele osób, myślał, kto jego pożegna. Co o nim powie w mowie pogrzebowej? To się już wyjaśniło. Teraz ksiądz żegna w kościele. Nikt nie wygłasza mów pogrzebowych w domu zmarłego. Jest kaplica i gdy umrze człowiek, przewożą ciało do chłodni w Oleśnicy. Kupili ją kilkanaście lat temu dawni parafianie, którzy przebywają w Ameryce. Gdy zmarła mu pierwsza żona, nie wypadało, by wygłaszał mowę. Wysłał bratanka po księdza, który zaraz przyjechał i wyprowadził ją z domu. Myśli, że i po niego ksiądz przyjedzie. – Co powie o moim życiu? – zastanawia się. (Tekst powstał jeszcze za życia Stanisława Siekierskiego) (n) 14 Pięciolistna koniczyna Adam Ochwanowski Spowiedź Wielkanocna Nie zasłużyłem Ojcze na rozgrzeszenie nie mogę objąć wieczności jak obejmuje się kobietę szukam winy w sobie podobieństwa absolutu We mnie żadnej upartości boskiej być nie może skoro trudniej dojść do siebie niż wyznać wiarę...

[close]

p. 15

Zbigniew Włodzimierz Fronczek Zakochany diabeł Wśród ludu polskiego panowało przekonanie, że diabeł jest nadzwyczaj łasy na płeć piękną. Do naszych czasów przetrwało niemało opowiastek o czarcich zalotach. Owe konkury niejedną pannę doprowadziły do zguby, ale wiele sprytnych i przebiegłych kobiet – w opowieściach ludowych były to z reguły wdowy – potrafiło wywieść zakochanego diabła w pole. W tych powiastkach wizerunek biesa tracił na drapieżności. Przedstawiciel piekieł jawił się jako nieokrzesany wiejski chłopak, nieporadny gbur, gamoń obdarzony nieludzką krzepą. Nie miał w sobie już żadnych cech demonicznych. Nikt już nie pamięta imienia jakie nosił słupiański diablik. Sąsiedzi z Łagowa, Rudek, Jeleniowa źle wyrażają się o mieszkańcach Słupi Nowej leżącej u podnóża Gór Świętokrzyskich, powiadają o nich „łyki”. Pewnie diabeł, co zamieszkał wśród takich, musiał być i „łykowaty”. Ale potrafił na świat po swojemu patrzeć, wiedział, kto we wnyki złapał zająca lub sarnę, a kto podkrada dziedzicowi owies, siano czy ziemniaki. Miał też swoje zadania, najstarsi zapewniają, że pilnował skarbów. Nie tylko na stróżowaniu czas mu jednak upływał. W diabelskie oko wpadła pewna wdówka. Niebrzydka, niestara i przystępna. Zjawiał się więc czart w jej obejściu, najczęściej wieczorem, zdarzało się, że podejmowała go wieczerzą. Zwykły bies, a jak człek spragniony rozmów i ciepła, bywał też głodny niczym wilk. Potrafił kilka tuzinów pierogów z kapustą przełknąć i popić trzema kwaterkami kwasu chlebowego. A jakże, wiedziała z kim ma do czynienia. Gość przecież nie ukrywał swego pochodzenia. Nie krył też celu swych wizyt. Chciał się żenić. I to bezzwłocznie. Wyciągał więc zza pazuchy podarki: korale, kolczyki, złotego dukacika, a czasem i dwa. Hojny był, owszem, lecz nie do przesady. – Prawdziwe bogactwo dopiero po ślubie! – zapewniał. W okolicy Gór Świętokrzyskich nigdy nie brakowało sprytnych kobiet. Ale wybranka diabła należała do najsprytniejszych. A choć była również zachłanna, nie zamierzała wiązać się z diabłem. Nawet z najbogatszym. Wybadała szybko, gdzie jej zalotnik skrywa kosztowności i zagrabiła je w chwili, gdy diablisko powędrowało do... kościoła! W Słupi Nowej, jak też Słupi Starej, jeszcze dzisiaj niektórzy sądzą, iż diabły mają obowiązek wysłuchiwać niedzielnej ewangelii. A przed laty wszyscy byli o tym przekonani. Taki fakt odnotował w roku 1906 Mikołaj Rybowski w swym artykule Dyabeł w wierzeniach ludowych, opublikowanym w czasopiśmie etnograficznym „Lud”. Wykraść złoto – żadna sztuka – nawet jeśli było ono czartowskie. Należało jednak znaleźć sposób zabezpieczenia się przed zemstą. Wdowa zdążyła poznać piekielne obyczaje, miała ku temu czas i sposobność, niejeden wieczór przecież przegadali. Zorientowała się, że nie jest mściwy, okrucieństwo zaś mu równie obce, jak i przebiegłość. Był naiwny, ckliwy, łatwowierny. Ot, łyk słupiański! Którejś niedzieli nieznacznie wrzuciła mu karalucha do kapuśniaku. Nie zawinął go łyżką, nie zjadł, poprosił jedynie gospodynię o sól, czy też pieprz. Nie odmówiła, odwróciła się w stronę kredensu, a on wtedy robala w paluchy pochwycił, pod stół cisnął i stopą rozkwasił. Może powinien talerzem o podłogę rzucić, fuknąć grubiańsko, jak pijany bogacz w gospodzie, a ten zachowywał się, bez mała, niczym salonowiec. Sól czy pieprz podsunęła, dostrzegła jak strzepywał kapuśniak z paluchów, nic nie powiedział o karaluchu, więc pogardliwie wydęła wargi. – Do Francyi bym pojechała albo do Baden -Baden! – mawiała. Wiele mógł zdziałać, lecz stanowiska przy skarbach opuścić nie mógł. Obrzydzał więc obce kraje, powiadał, że tam nawet wiejskie baby na fortepianach grają! Nie zbił jej z pantałyku, wprost przeciwnie, wzbudził jeszcze większe zainteresowanie rozkapryszonym i ekscentrycznym światem. Zadeklarował więc, że jeśli muzykę lubi, to on bez ociągania fortepian kupi, a może także nabyć bęben, skrzypce lub organy. Nie potrafiła się cieszyć. Kupił skrzypce i sam się na nich grać wyuczył. Zdolne, muzykalne, a nawet sentymentalne diablisko. Poszedł w niedzielę wielkanocną do kościoła, a ksiądz czytał fragment Dziejów Apostolskich: „Gdy Piotr przybył do domu Zbigniew Włodzimierz Fronczek (ur. 1947 we Wrocławiu), absolwent filologii Polskiej Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Oddziału Lubelskiego, autor dwudziestu książek prozatorskich (powieści, zbiory opowiadań, szkice literackie, gawędy historyczne), z których dziesięć przełożono na dwanaście języków. W roku 2003 powołał dwumiesięcznik „Lublin. Kultura i społeczeństwo”, którym nieustannie kieruje. We wsi Dąbie koło Zawichostu, w dawnym gospodarstwie dziadków Heleny i Aleksandra Wójcików, z małżonką Małgorzatą utworzyli park etnograficzny „Pod kogutem”. W tej wiejskiej placówce kultury realizowane są oryginalne przedsięwzięcia artystyczne: wystawy fotograficzne, plenery malarskie, pokazy ginących zawodów i rolniczych prac sezonowych, odbywają się koncerty kameralne i muzyki ludowej, a także letnie półkolonie dla dzieci z okolicznych wsi. centuriona w Cezarei, przemówił: »Wiecie, co się działo w całej Judei, począwszy od Galilei, po chrzcie, który ogłosił Jan. Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą. Dlatego, że Bóg był z Nim przeszedł on dobrze czyniąc i uzdrawiając, którzy byli pod władzą diabła«”. Zadumany wracał. Myśli o mocy Boga, kruchości ludzkiego żywota i diablej nędzy zdejmowały go trwogą. A ona wtedy – jak Pięciolistna koniczyna 15

[close]

Comments

no comments yet