Krzyż Maltański 5/06/2015

 

Embed or link this publication

Description

5/czerwiec 2015 (0005)

Popular Pages


p. 1

numer 1 (5) • czerwiec 2015 KRZYŻ MALTAŃSKI Gazeta Zakonu Maltańskiego w Polsce ISSN 2353-8740 Prof. Zbigniew Chłap o godności ludzi niechcianych Z ziemi londyńskiej do Polski Mądrość szpitalników Pod skrzydłami anioła Droga do świętej groty

[close]

p. 2

od redakcji 1 rozważania 2  droga do świętej 3 najazd na Lourdes pielgrzymowanie jako tuitio fidei groty wokół opłatka 1 reportaż 8  11 12 godność pod skrzydłami anioła niechcianych 13 rozmowa ludzi 15 spotkanie w zamku Korzkiew 3 forum darczyńców kronika  17 rycerze bez granic 24 z potrzeby serca ostatnia koszula nie ma kieszeni WIEŚCI MALTAŃSKIE Boże miłosierdzie w Wilnie  25 historia 28 z krzyżem morzu historia na mądrość szpitalników 30 historia 32 bohaterowie II Rzeczpospolitej bł. Gerard sługa ubogich Gazeta Zakonu Maltańskiego w Polsce ISSN 2353-8740 numer 1 (5) 2015 Redaktor naczelna: Anna Rucka anna.rucka@zakonmaltanski.pl redaktor@gazeta.zakonmaltanski.pl Wsparcie merytoryczne i techniczne: Jerzy Donimirski, Waldemar Gołębski, Karol Jarnuszkiewicz Korekta: Joanna Świątkiewicz Adres do korespondencji: „Krzyż Maltański” 30-583 Kraków, ul. Parkowa 11 Projekt graficzny: Jadwiga Burek Redaktor techniczny: Edward Augustyn www.krzyzmaltanski.pl nakład: 3000 egzemplarzy Fotografia na okładce: Piotr Idem

[close]

p. 3

od redakcji Szanowni Państwo, kiedy przygotowywaliśmy obecny, piąty numer „Krzyża Maltańskiego” zastanawialiśmy się, jaka może być przewodnia myśl nowej edycji pisma. Co łączy wolontariuszy, opiekujących się chorymi w  trakcie kolejnej już pielgrzymki do  Lourdes z  załogą Domu Michała Archanioła w  Szyldaku koło Olsztyna? Albo z trzyosobową ekipą karetki maltańskiej, która w  rekordowym czasie przewiozła z  Kijowa do  Konstancina rannego, ukraińskiego żołnierza, w  cywilu genialnego informatyka? Co łączy Jacka Wojciechowskiego, twórcę prężnie działającej polskiej firmy Utal i darczyńcę, z tymi, którzy postanowili ukończyć bieszczadzki „Bieg Rzeźnika”? Czy można znaleźć wspólny mianownik między działalnością na  rzecz bezdomnych profesora Zbigniewa Chłapa, twórcy Stowarzyszenia Lekarze Nadziei, i działaniami śląskich przedsiębiorców, Marii i  Mieczysława Kucharskich, którzy od  prawie dekady w restauracji „Marysin Dwór” organizują Opłatek Maltański? Zdecydowanie tak. Tym mianownikiem jest głębokie współodczuwanie z tymi, którzy są zbyt schorowani, osamotnieni, zbyt ubodzy, zbyt nieporadni czasem, by móc liczyć tylko na siebie. Tym mianownikiem jest poczucie odpowiedzialności za los całej wspólnoty. Oczywiście, wspólnota nie zawsze znaczy to samo. Z  punktu widzenia wolontariuszy biorących udział w pielgrzymce do Lourdes wspólnotą są przede wszystkim ci, którzy znaleźli się na drodze do Groty, zdrowi i chorzy. Dla profesora Chłapa wspólnota to my, wszyscy Polacy, w tym również 2,5 miliona ludzi żyjących w Polsce w biedzie, często w niegodnych warunkach. Ludzi, o których nie zawsze pamięta państwo. Ale my, każdy z osobna i wszyscy razem, powinniśmy. Prawdziwa wspólnota – o  czym dobitnie przypomina nam w  wywiadzie z  Żanną Słoniowską profesor Zbigniew Chłap – to wspólnota zaangażowana, nieobojętna. Co jeszcze mają ze sobą wspólnego ludzie, których nadzwyczajne działania opisujemy w  najnowszym numerze naszego pisma? Niewątpliwie łączy ich pasja, z  jaką konsekwentnie, dzień po dniu, wcielają w życie starą, dobrą maltańską dewizę: obseqium pauperum. Z wyrazami szacunku Anna Rucka z zespołem Najazd na Lourdes – Choć jesteśmy dziś rycerzami bez armii i twierdz, wciąż dysponujemy potężną siłą sprawczą. Ta siła jest w powołaniu – zapewnia JE Aleksander Tarnowski, prezydent Związku Polskich Kawalerów Maltańskich. „Krzyż Maltański”: Kiedy był Pan pierwszy raz w Lourdes? Aleksander Tarnowski: Pod  koniec lat pięćdziesiątych pojechaliśmy do  Lourdes z  żoną na  skuterze. Było gorące lato. Wtedy to miejsce zrobiło na  mnie ogromne wrażenie. W  Lourdes wszyscy się modlą, każdy przyjeżdża z jakąś intencją. Każdy chory myśli o uzdrowieniu. To niezwykła wspólnota wiary i  modlitwy. Później, w  latach siedemdziesiątych często bywałem w Lourdes na ogół w listopadzie. KM: Jak to pielgrzymowanie do Lourdes wtedy wyglądało? AT: Poza sezonem Lourdes było puste. Msze były odprawiane tylko trzy razy. Ja chciałem zdążyć na tę o dziesiątej. Biegłem ze stacji po opustoszałych ulicach, mijałem zamknięte sklepiki, żadnej komercji. I na mszy było nas niewielu. Sam byłem pod grotą, sam przechodziłem drogę krzyżową. strzem. Stawiając się w  Lourdes, dajemy świadectwo swojej wiary. I  realnej siły. Gdy widzi się w  jednym miejscu tylu maltańczyków, warto sobie przypomnieć, ile wciąż zakon w  świecie znaczy, że jest na przykład mediatorem w  organizacjach międzynarodowych. Choć nie ma ani armii, ani twierdz! Ale ma coś znacznie cenniejszego – powołanie do  obrony wiary i  pomocy potrzebującym. Dlatego właśnie w  Lourdes tysiącom wolontariuszy towarzyszą liczni chorzy na wózkach. W samej Polsce opiekujemy się stale trzystoma osobami. A w ciągu roku pięćdziesiąt pięć tysięcy razy jednorazowo pomagamy potrzebującym. KM: Chodzi Pan o  lasce i  o  kuli. Czy z tego powodu odbiera Pan inaczej pielgrzymkę? AT: Kiedy widzę chorych, tych na wózkach i tych leżących, przypominam sobie moją zmarłą ponad dwanaście lat temu żonę. Była bardzo schorowana. Ale ani razu nie narzekała, że coś ją boli. Dlatego ja też nie narzekam. Biorę jedną, drugą laskę, ćwiczę. To tylko utrudnienia. Trzeba myśleć tak, jak mówił św. Ignacy Loyola: rób tak, jakby wszystko od ciebie zależało. Ale też, rzecz oczywista, mocno ufaj Bogu. KM: Z Zakonem był Pan w Lourdes po raz drugi... AT: Jest to niesamowite przeżycie, bardzo wspólnotowe, ma się wrażenie, że jest „najazd na  Lourdes” z  różnych stron świata. Przyjeżdżają prezydenci związków narodowych z  ponad czterdziestu państw, na czele z Wielkim MiArchiwum NRA fot. Piotr Idem 1

[close]

p. 4

rozważania początkowe Czy pielgrzymując, można bronić wiary? I jeśli tak, to w jaki sposób to robić? Bądź też, jak to się dzieje, że przez pielgrzymowanie wiara bywa broniona? Jakiekolwiek teorie formułowane w celu odpowiedzi na takie pytania niewiele wniosą. Raczej trzeba przyjrzeć się z bliska temu zjawisku i dostrzec jego w tym względzie skuteczność czy – jak kto woli – owocność. Bowiem pielgrzymowanie jest praktyką bardzo dawną. Pismo Święte sugeruje, że już wędrówka Abrahama z Ur, podróże kolejnych patriarchów, a zwłaszcza czterdziestoletni pochód Hebrajczyków do Ziemi Obiecanej były prawdziwymi pielgrzymkami, ponieważ podejmowano je z motywów religijnych w określonym celu i wiązały się z poważnymi trudami i ofiarami. Później, kiedy lud wybrany osiadł w kraju Kanaan i Arka Przymierza, symbol Bożej obecności, została przyniesiona do Jerozolimy, miasto to stało się dla Izraelitów miejscem świętym, a zatem jedynym celem ich pielgrzymek. Najważniejszą chwilą było nawiedzenie wspaniałej świątyni jerozolimskiej, w której przebywała Chwała Boża w sposób wyjątkowy i jedyny taki na całej ziemi. Każdy dorosły Izraelita miał przywilej i obowiązek pielgrzymowania do tego świętego miejsca, zwłaszcza w czasie tak zwanych świąt pielgrzymkowych: Paschy, Przaśników, Namiotów. Oczywiste było zatem, że i Jezus w tych pielgrzymkach brał udział, jak też Jego kuzyn Jan, którego ojciec, Zachariasz, jako kapłan w świątyni jerozolimskiej często bywał. Dla uczniów Jezusa Jerozolima nie przestała być celem pielgrzymek, ale zmienił się zupełnie powód, dla którego na nie się udawali. Chrześcijanie nawiedzali nadal święte miasto, ponieważ tutaj Jezus żywy wyszedł z grobu. Zmartwychwstałe człowieczeństwo Jezusa było dla wierzących w Niego prawdziwą świątynią, dlatego wszędzie tam, gdzie przebywał, widziano miejsca święte – zwłaszcza pusty grób – a więc geograficzny cel pielgrzymek. W Jerozolimie narodziło się nowe życie, które zostało obiecane przez Boga i jest właściwym celem każdego pielgrzymowania, bowiem „nasza ojczyzna jest w niebie”. Zaś Nowy Testament w ogóle ujmuje życie chrześcijańskie jako pielgrzymowanie ku nowemu Jeruzalem Niebieskiemu, jako drogę do domu Ojca. Szybko zakres znaczeniowy miejsca świętego się poszerzył. Liczyło się już nie tylko to, że gdzieś Jezus przebywał, ale również to, że gdzieś znajdowały się relikwie związane z Jego Osobą. Najlepszym i najważniejszym tego przykładem jest odnaleziony przez św. Helenę Chrystusowy krzyż, ale też rzeczywiste lub domniemane narzędzia męki Pańskiej. Rozdrobnione i rozproszone po całej Europie ściągały rzesze pielgrzymów. Również groby świętych, zwłaszcza męczenników, stawały się celem pielgrzymek. Wynikało to z głębokiego przeświadczenia wiernych o szczególnej więzi tych zmarłych z Jezusem, bazującego na nauce o jedności mistycznego Ciała Chrystusa, którego On sam jest Głową, a ochrzczeni Jego członkami. Uważano ich za duchowe świątynie Boga – „miejsca” święte. I wreszcie do świętych ­ miejsc pielgrzymkowych dołączyły liczne sanktuaria, zwłaszcza Maryjne, rozsiane po całym świecie. Niektóre z nich związane są z wyjątkowymi widzialnymi objawieniami, inne powstały w wyniku wiary ludu doświadczającego w konkretnym miejscu licznych i nadzwyczajnych łask Bożych. Co to ma wspólnego z obroną wiary? Podjęcie pielgrzymki w wymiarze indywidualnym domaga się duchowego i fizycznego wysiłku. Jest wyzwaniem dla charakteru, weryfikacją motywacji, sprawdzianem wiary. Otóż to! Pielgrzymując, bronię wiary w sobie samym! Jeżeli wyruszam powodowany pobudkami 22 fot. Paweł Rucki Pielgrzymowanie jako tuitio fidei religijnymi, to cały związany z tym trud wzmacnia moją wiarę, a zatem broni jej w sposób istotny. Tak jak bronili jej i ją umacniali pobożni Izraelici, od naszego ojca w wierze, Abrahama, poczynając. Ten osobisty wymiar obrony wiary, którego pielgrzymowanie jest tylko jedną z wielu form, bywa często przez dzisiejszych chrześcijan lekceważony i może właśnie dlatego tak wielu z nich wykazuje wiarę płytką, słabą, niedojrzałą, wręcz infantylną. Bo po prostu niewypróbowaną. Obrona wiary zawsze w jakiś sposób wiąże się z ideą walki. Aby coś dobrze obronić, musi się o to walczyć. A do tego potrzeba odwagi. I ona również wpływa na podjęcie decyzji o pielgrzymowaniu. Staje się to bardziej widoczne wówczas, gdy ta decyzja ma charakter społeczny i wspólnotowy. Tutaj człowiek już nie może się ukryć ze swoimi zamiarami. Podejmując pielgrzymi trud wspólnie z innymi, niejako mimowolnie świadczy o swojej wierze, a tym samym może wpłynąć swoją budującą postawą na wiarę innych. A to też wymaga odwagi, czasem nawet większej niż w wymiarze indywidualnym, gdyż narażone bywa na nie zawsze życzliwe opinie otaczającego świata. Wiara zostaje wystawiona na kolejne doświadczenia. W tych okolicznościach bronimy jej również wobec tego świata, który coraz częściej atakuje ją na wszelkie możliwe sposoby. Współcześnie – w dużej mierze dzięki św. Janowi Pawłowi II – ruch pielgrzymkowy ma się dobrze, choć niektórzy wolą to zjawisko określać terminem „turystyka religijna”. Niezależnie od tego, co się za tym sformułowaniem kryje, pielgrzymi udający się do Lourdes, czy to jako chorzy, czy też jako ich opiekunowie, turystami na pewno nie są. A tam, gdzie tuitio fidei łączy się ściśle z obsequium pauperum i gdzie trzeba jeszcze większej odwagi, świadectwo wiary jest niesłychanie wymowne i niejednego z uczestników takiej pielgrzymki, a zwłaszcza jej – nawet przypadkowych – obserwatorów przed utratą wiary ratuje. ❚ ks. Szymon Fedorowicz

[close]

p. 5

misje, ludzie, miejsca W 57. Pielgrzymce Zakonu Maltańskiego do Lourdes uczestniczyło blisko 6500 chorych, niepełnosprawnych, wolontariuszy i członków Zakonu z Wielkim Mistrzem na czele. Z Polski przybyła liczna grupa chorych, kadeci maltańscy, pięciu kapelanów, wolontariusze i pracownicy Fundacji ZPKM, członkowie zakonu maltańskiego oraz sam JE Prezydent Aleksander Tarnowski. W pielgrzymce wziął również udział ks. biskup Eugeniusz Mirosław Popowicz, biskup archidiecezji przemysko-warszawskiej obrządku greckokatolickiego. Po raz kolejny podróżowaliśmy autokarem, dzięki czemu w pielgrzymce uczestniczyło znacznie więcej wolontariuszy i pracowników dzieł maltańskich. Podróż autokarowa umożliwiła również zwiedzanie Offenburga, w którym z niespotykaną gościnnością zostaliśmy przyjęci przez wolontariuszy miejscowego Malteser Hilfdienst. Szczególne podziękowania kierujemy do Monique i Andrzeja Mańkowskich za pomoc, dzięki której tegoroczna pielgrzymka mogła się odbyć. Dziękujemy za wieloletnie wsparcie pielgrzymki członkom Zakonu z Wielkiej Brytanii oraz wszystkim uczestnikom, których wpłaty umożliwiły realizację udziału Polskiego Związku w największym religijnym spotkaniu Zakonu Maltańskiego na świecie. Spotkaniu, w którym Panowie Chorzy są na pierwszym miejscu. Już dziś zapraszamy na pielgrzymkę w 2016 roku. Dowódca pielgrzymki Marcin Świerad oraz prowadzący pielgrzymkę Szpitalnik ZPKM Jan Emeryk Rościszewski Droga do świętej groty Wielki Mistrz Zakonu Matthew Festing oraz inni Kawalerowie przed procesją Najświętszego Sakramentu Nieważne, czy ktoś jest profesorem, czy biznesmenem, czy jest w pełni sił, czy bliżej mu do śmierci. Na maltańskiej pielgrzymce do Lourdes, w miejscu uzdrowień, nawróceń i głębokich duchowych przeżyć, wszyscy są sobie równi. Stają się wielką wspólnotą nadziei. – W najbliższych dniach brat ma wyjść ze szpitala. Na raka kości choruje od czterech lat. Zostaje nam nadzieja i  modlitwa. I  woda z  Lourdes – mówi Bogusław Bosak, Polak, mieszkający od ponad dwudziestu lat w Chicago. W Stanach Zjednoczonych Bosak, kandydat na  Kawalera Maltańskiego, ma firmę dekarską. Ale udziela się też charytatywnie, pomaga w funkcjonowaniu jadłodajni dla biednych, remontuje im domy. Do Lourdes przybył wraz z maltańską pielgrzymką. – Zakon pomaga na różne sposoby potrzebującym, ale na pielgrzymce w Lour­ des ta pomoc jest zwielokrotniona – zapewnia Bogusław Bosak. – Maltańczycy są tu niezastąpieni. Opiekują się chorymi przez całą dobę. Nie ma znaczenia, czy wolontariusz jest sędzią federalnym, adwokatem czy byłym dowódcą wojskowym. Ubiera ten sam mundur co inni i  jest podwładnym. Przyjeżdżamy tu z  różnych powodów, nie tylko po uzdrowienie z chorób, ale też po nawrócenie – zauważa. Opowiada, że jedna z  wolontariuszek ze Stanów Zjednoczonych przyjechała do Lourdes ze sparaliżowanym mężem, ale też z prośbą o nawrócenie dla dzieci. Adam Zając i o. Marek Pieńkowski przygotowują się do procesji maryjnej 3

[close]

p. 6

misje, ludzie, miejsca – Ja przyjechałem w jednej intencji. Mój brat prawie umiera. Ta woda może mu pomóc. Moja żona wyzdrowiała, może i jemu się uda – dodaje z nadzieją w głosie Bogusław Bosak. Z  taką samą nadzieją do  Lourdes, do  groty (zwanej Grotte de Massabielle), w  której Matka Boża objawiła się 14-letniej Bernadetcie Soubirous, przyjeżdża rocznie sześć milionów osób. Przyciąga ich tu wielka tajemnica cudu: sześćdziesiąt siedem uzdrowień uznanych oficjalnie przez Kościół oraz ponad sześć tysięcy niewytłumaczalnych przypadków odzyskania zdrowia. Od pięćdziesięciu siedmiu lat na początku maja przyjeżdża tutaj reprezentacja Zakonu Maltańskiego z  ponad czterdziestu związków narodowych. Oprócz Kawalerów i  Dam, z  chorymi są wolontariusze zaangażowani w  organizacje stowarzyszone z zakonem. Z całego świata przyjeżdża ich siedem i pół tysiąca. Z samej Polski ponad sto czterdzieści osób. Jeden autokar z Katowic i dwie ekipy w samolotach, z Krakowa i Warszawy. To już 32. Pielgrzymka Związku Polskich Kawalerów Maltańskich. W 1983 roku członkowie ZPKM zorganizowali grupę polską przy Pielgrzymce Związku Belgijskiego, od 1984 do 1988 roku Polska Pielgrzymka była związana z Pielgrzymką Związku Angielskiego. W 1989 roku Związek Polskich Kawalerów Maltańskich po raz pierwszy zorganizował pielgrzymkę w oparciu o struktury krajowe. Mundur zmienia ludzi Wielu wolontariuszy jest w Lourdes po raz pierwszy. Po drodze, w czasie postoju, gdy słyszą dzwony wzywające na Anioł Pański, spontanicznie zaczynają się razem modlić. Część ochotników angażuje się na co dzień w  Maltańską Służbę Medyczną, część przyjechała wraz ze swoimi podopiecznymi. Inni są z rodziną, która od lat związana jest z Zakonem. – W  weekend majowy Polacy często smażą kiełbaski na grillu. Ale jak widać nie wszyscy. Wolontariusze, którzy do nas dołączyli, wsiadają do autobusu i jadą nim przez Ewelina Jędraszek-Wilamowska dwa dni po to, by przez kilka następnych zajwraz z dr Sławomirem Willenbergiem na ulicach Lourdes mować się obcymi ludźmi – zauważa Zofia Zadeberny, która z mężem i dziećmi od kilku lat spędza weekend majowy w Lourdes. Mąż Zofii, Damian Zadeberny, na co dzień prezes Fundacji Związku Kawalerów Maltańskich, MALTAŃSKA SŁUŻBA MEDYCZNA – POMOC MALTAŃSKA, dba o to, by każdy uczestnik pielgrzymki wyglądał tak samo. Od tego roku mężczyźni mają nowe mundury – olimpijki wzorowane na umundurowaniu polskich żołnierzy na froncie zachodnim II wojny światowej. Kobiety zakładają sukienki wzorowane na  ubiorze angielskich pielęgniarek. Niektóre wolontariuszki nadal noszą te pierwsze, zdobyte, gdy jeden ze szpitali w  Anglii był likwidowany. – Każdy musi być w mundurze. Wtedy ludzie inaczej się zachowują. Wszystkich z nas można z daleka rozpoznać. Każdy kraj ma trochę inne umundurowanie, ale zazwyczaj w tych samych kolorach: czarnym, białym i niebieskim – tłumaczy Damian Zadeberny. Jego zdaniem mundur zmienia zachowanie ludzi. Powoduje, że maltańczycy mają poczucie, że są cały czas na służbie. Dzięki temu Lourdes wygląda jakby „zostało zdobyte” przez zakon. Im bliżej sanktuarium, tym więcej peleryn z białymi krzyżami i symboli zakonu, umieszczonych nie tylko na mundurach, ale też na  wózkach chorych. Przed hotelami, w  sklepach, na  wieży zamku, wszędzie widać flagi Zakonu Szpitalników Świętego Jana Jerozolimskiego. 44 U  Austriaków na  jednego podopiecznego przypada dwóch opiekunów, którzy mają przy nim dwunastogodzinne dyżury. A  gdy kończy opiekun wiek emerytalny może przyjechać do  Lourdes już tylko jako podopieczny. – My mamy inne podejście – tłumaczy dr Świerad. – Opiekujemy się chorymi w  grupach kilkunastoosobowych. Co trzy godziny się zmieniamy. A w nocy dyżurują wybrane osoby. Nie mamy też limitu wieku. Często ci, którzy przez lata jeździli jako opiekunowie, chorują i mimo iż na liście nie są wpisani jako podopieczni, faktycznie nimi są. Specyfika naszej pielgrzymki tkwi właśnie w tym, że każdy ma w niej inne zadanie. W  każdej grupie jest ksiądz. Niektóre osoby po prostu towarzyszą podopiecznym i  z  nimi rozmawiają, a  inne pomagają umyć się tym, którzy sami nie są w stanie tego zrobić. Nakarmią, nakryją do stołu, posprzątają. Każdy dokłada coś od siebie do pielgrzymki. Często to podopieczni pomagają tak naprawdę osobom, które przyjechały pomagać. Jednak pielgrzymka nie zawsze tak wyglądała. Elżbieta Rummel jest w Lourdes z pielgrzymką zakonu po raz Pielgrzymka po polsku trzydziesty szósty. Jest czuła wobec cho– Pielgrzymka każdego związku narodowego rządzi się swoimi prawami – mówi rych. Całuje ich i przytula. Przyjechała doktor Marcin Świerad, kardiolog, Kawaler Łaski Magistralnej, dowódca tegorocz- tu pierwszy raz w  siedemdziesiątym nej pielgrzymki. dziewiątym roku. – Na początku przy-

[close]

p. 7

Chorzy podczas Procesji Najświętszego Sakramentu na placu przed bazyliką Matki Bożej Różańcowej jeżdżaliśmy samochodami albo autobusami. O samolotach nie było mowy, bo za drogie. Była nas wtedy czwórka. Nie mieszkaliśmy jak teraz w hotelu w luksusach, a  chorzy w  pięknym szpitalu w  pobliżu Groty. Mieszkaliśmy razem z  chorymi, sami przygotowywaliśmy śniadania, obiady i  kolacje. Nie mieliśmy pieniędzy. Potem jeśli nie mogliśmy zabierać osób z Polski, z powodów politycznych, bo panował stan wojenny i nie wypuszczali za granicę, przywoziliśmy chorych Polaków z Francji i Anglii. Zawsze dzięki patronatowi Malty dużo działaliśmy. Mogliśmy zbierać pieniądze na  pielgrzymki, na  szpitale w Polsce. Doktor Marcin Świerad wspomina o doborze chorych na pielgrzymkę. Stara się, by co roku odbywali ją inni chorzy. Mówi, że najprościej byłoby wziąć tylko ludzi na  wózkach. Ale zakon na pielgrzymkę zabiera też chorych w  pełni samodzielnych, którzy jednak nie mogliby sobie pozwolić na dłuższy wyjazd bez opieki lekarzy. Są też schizofrenicy z prowadzonego przez zakon Domu Pomocy Społecznej Michała Archanioła w Szydlaku. – Osoby chore psychicznie mało kto chce gdziekolwiek zabierać, bo opieka nad nimi jest trudniejsza – wyjaśnia dr Świerad. Są często nieprzewidywalni, trudni w  kontakcie. Na  przykład pan Józef często patrzy w jeden punkt, pan Ireneusz boi się zbyt długo siedzieć w jednym miejscu, a pan Edward, gdy tylko ma okazję, kieruje ruchem samochodów na parkingu. Cudowna woda i nadzieja Najważniejsze dla chorych, których mieszkańcy Lourdes nieprzypadkowo nazywają królami, jest to, aby zmienić środowisko. Aby pobyć z  nowymi osobami, które mają dla nich czas i zabiorą ich wszędzie, gdzie chcą. Wielu chorych i  wolontariuszy zaprzyjaźnia się ze sobą tak bardzo, że w przyszłości nie chcą tracić ze sobą kontaktu. Ode- Andrzej Drozda podczas mszy polskiej przed Cudowną Grotą Michał Stachowiak i Marian Gaweł z synem Kamilem podczas Procesji Maryjnej ze świecami rwanie się od codzienności daje chwilę wytchnienia w  monotonii choroby. Również dla Kamila Gawła, który wraz z  tatą jest w  Lourdes drugi rok z  rzędu. Choruje na  epilepsję od  urodzenia. Mimo to kiedyś zdobywał medale w  zawodach pływackich. Cztery lata temu zapadł jednak na zapalenie opon mózgowych, zbyt późno zdiagnozowane, by leczenie przyniosło skutki. Zamiast dotychczasowych dwóch, trzech ataków na  rok, Kamil zaczął mieć ich siedemdziesiąt dziennie. Lekarze wprowadzili go na półtora tygodnia w śpiączkę farmakologiczną. Dziś z  siedemdziesięciu ataków dziennie zrobiło się trzydzieści. – Każdy atak zabija komórki mózgu – tłumaczy ojciec Kamila, Marian Gaweł. – To wege- 5

[close]

p. 8

W drodze do sklepów z maltańskimi pamiątkami z Lourdes 66 tacja dla Kamila, a nie życie. Czuję się bezsilny, ale robię wszystko, co mogę. Dwadzieścia cztery godziny na  dobę ktoś musi z nim być, albo ja, albo mój drugi syn. Podnoszę go, mimo iż mam ześrubowany kręgosłup. W  każdej chwili Kamil może mieć ostateczny atak. A ja? Od dziesięciu lat, z półroczną przerwą, siedzę w  szpitalach. Najpierw żona miała raka. Umarła. A potem Kamil miał zapalenie. Na szczęście – zauważa Marian Gaweł – są tacy ludzie jak Edward Mier-Jędrzejowicz, kawaler maltański, który jako prezes fundacji im. Klementyny z Tyszkiewiczów Królikiewicz nam pomaga. To dzięki niemu i jego fundacji Kamil ma wózek, który nie przewraca się nawet wówczas, kiedy syn dostaje silnego ataku. Także dzięki fundacji otrzymujemy zasiłek na leki i możemy być tutaj w Lourdes po raz drugi. Kamilowi i  jego tacie udało się pójść do  łaźni, gdzie chorych obmywa się cudowną wodą. Tata nie opuszczał syna nawet wtedy, gdy był zanurzany w wodzie, w obawie przed ewentualnym atakiem choroby. – Tam jest jednak tyle osób, że wszystko się udało. Zajmują się chorym od początku do końca. Jeśli trzeba to rozbiorą. Zawijają osobę w prześcieradło. Kładą na  łóżko albo sadzają na wózku. Pełna obsługa – zachwyca się Marian Gaweł. Do Lourdes przybył także inny Kamil – Kamil Cierniak. Przyjechał jako reporter. Kręcił film z  kolegą ze studiów, Jakubem Stoszkiem. Kamil miał przymocowaną do  wózka elektrycznego kamerkę gopro i przeprowadzał wywiady, Kuba odpowiadał za zdjęcia. Kamil choruje na rdzeniowy zanik mięśni, jednak nie przeszkadza mu to w  studiowaniu politologii i  dziennikarstwa. Owocem jego pracy w Lourdes ma być film o  pielgrzymce polskiego zakonu. Premiera 16 czerwca. Nie tylko modlitwa W  filmie Kamila znajdzie się historia maltańskich pielgrzymek. Będzie w nim sporo o  tym, co działo się w  tym roku w czasie uroczystości pod Grotą. Pojawi się plac przed Bazyliką Niepokalanego Poczęcia w Lourdes, ze strzelistą 70-metrową wieżą, gdzie podczas majówki gromadzą się tłumnie maltańczycy z  różnych stron Polski i świata, żeby wspólnie się pomodlić, by razem poczuć wręcz namacalny kontakt z Bogiem. W Lourdes – co pielgrzymi często podkreślają – niemal dotyka się transcendencji. Ale nie tylko modlitwa jest sensem tej pielgrzymki. Odbywa się tu również wiele imprez organizowanych przez związki narodowe, na  których wszyscy wspólnie się bawią, często tańczą. Osoby chore razem z  wolontariuszami. Starsi z młodszymi. Obcy sobie ludzie uśmie- chają się do siebie i kłaniają się sobie tylko dlatego, że są podobnie ubrani i mają wspólny cel przyjazdu do  Lourdes. Nie przejmują się tym, że po ulicach chodzi wojsko z  bronią maszynową w  obawie, że Lourdes może stać się celem zamachów terrorystów islamskich. Gdy na  noc zamykane są bramy sanktuarium, ruch w  najważniejszym miejscu, czyli pod  Grotą maleje, ale nie zamiera całkiem. W  ogrodzeniu są dziury, w  dzień niezauważalne. Przez nie w  stronę Groty, by jej dotknąć, pogłaskać, by ją poczuć, przedostają się wolontariusze i  ich podopieczni. Po to także, by pobyć wspólnie w ciszy. A kiedy ktoś nie może potem wrócić z terenu sanktuarium, zawsze znajdą się ochotnicy, którzy pomogą i przeniosą na rękach. Nawet w  takich chwilach w  Lourdes, podczas kolejnej już maltańskiej pielgrzymki jej uczestnicy czują wspólnotę. ❚ tekst i zdjęcia:Piotr Idem Wolontariuszki wracają z podopieczną Eweliną Jędraszek-Wilamowską z kąpieli w łaźniach

[close]

p. 9

misje, ludzie, miejsca Moja przygoda z Zakonem Maltańskim Najpiękniejsze dni w życiu „Cieszę się z każdego dnia, w którym nie doświadczam bólu, ale równie mocno, a może i bardziej cieszę się z każdego dnia, w którym doświadczam miłości Boga, jaką okazuje mi przez innych ludzi” – o chorobie i wsparciu, jakie daje jej Zakon Maltański, opowiada Halina Pieniek-Mika. kręgosłup. Okazało się, że jest złamany. Wykryto też u mnie raka piersi połączonego z rakiem kości. Był to najgorszy rok w moim życiu: cztery pobyty w szpitalu, leczenie, złe wyniki. Byłam niezwykle słaba. Dla osoby, która zawsze była bardzo aktywna, było to bardzo trudne. Uczyłam się na  nowo żyć, tak by nie być dla nikogo ciężarem. Pojawił się gorset i kula jako podpórka, którą wkrótce zaczęłam nazywać „przyjaciółką”. W  tym najtrudniejszym czasie pomogli mi ci, którym kiedyś pomagałam. Byli to maltańczycy. Halina Mika podczas tegorocznej pielgrzymki do Lourdes fot. Piotr Idem Jest początek 2014 roku. Maltańczycy organizują wyjazd na 56. Międzynarodową Pielgrzymkę Zakonu Maltańskiego do Lourdes. Doktor Marcin Świerad, kawaler maltański, proponuje mi, bym pojechała. Moi najbliżsi boją się, że podróż autokarem może być dla mnie zbyt męcząca. Przemożna chęć odwiedzenia miejsca, gdzie cuda to codzienność, walczy z racjonalnym lękiem o zdrowie i życie. Dzielę się swoimi obawami z drem Świeradem. Uspokaja mnie. Na wizycie u onkologa słyszę: „Jeśli pani wierzy, proszę jechać”. W  maju jestem już w  Lourdes! To najpiękniejsze dni w moim życiu. Mimo że kiedyś już tu byłam, dopiero teraz, kiedy przyjeżdżam z  konkretną intencją, bólem, będącym moją ofiarą, przeżywam ten czas i to miejsce w pełni świadomie. Po powrocie z Francji kontrolna wizyta u lekarza. Wyniki są dobre jak nigdy dotąd, a na prześwietleniu kości nie widać progresu choroby. Diagnoza – rak! Moja przygoda z  Zakonem Maltańskim zaczęła się kilka lat wcześniej w  prężnie działającej katowickiej parafii katedralnej pw. Chrystusa Króla. Tu w 2008 roku włączyłam się w  pomoc w  organizacji wyjazdów dla ministrantów. Moja kuchenna pasja znalazła pole do  działania. Podczas wyjazdów poznałam Marka Grzymowskiego, który włączył mnie w  działania Zakonu Maltańskiego. Pomagałam m.in. przy organizacji drugiego sylwestra maltańskiego, który odbył się w  Lipniku koło Bielska-Białej. Gościły nas siostry zakonne. Nie tylko oddawałam się swojej pasji, czyli przygotowaniu posiłków, ale jako w pełni sprawna osoba przewoziłam niepełnosprawnych na miejsce imprezy. Nie spodziewałam się, że i ja kiedyś będę potrzebowała pomocy. Diagnozę usłyszałam cztery lata temu. Do  szpitala trafiłam, bo podczas opieki nad starszą osobą nadwyrężyłam Powrót do życia Zaczęłam od  udziału w  nieszporach maltańskich. Dotrzeć na spotkanie czy wrócić z niego, nie zawsze było łatwo. Często pomagali mi i  nadal pomagają ministranci, z  którymi kiedyś jeździłam na  rekolekcje: Mikołaj, Seweryn, Cyprian, Adam. Pomału wracałam do życia. W  styczniu 2013 roku na  kolejnej wizycie u  onkologa usłyszałam, że wyniki są złe. Kości kręgosłupa, zajęte przez raka, coraz bardziej dawały się we znaki. Walczyłam z  bólem, ale przebywanie z innymi osobami niepełnosprawnymi wzmacniało moją wolę istnienia. Nieszpory, wspólne wyjazdy do teatru, muzeów, msze, zabawy sylwestrowe, kolędowanie to okazja do przeżycia wielu radosnych chwil. Czas, kiedy można oderwać się od codziennej walki z własnym ciałem, jego słabością, z  chorobą. Wciąż przecież mogę też dać coś z siebie. Nasze maltańskie nieszpory kończą się spotkaniem przy herbacie i cieście, które często piekę. Ucieczka z wygodnej kanapy Kiedy otrzymałam propozycję wyjazdu na  letni maltański obóz integracyjny dla osób niepełnosprawnych w Szczyrzycu, zorganizowany przez Fundację Polskich Kawalerów Maltańskich „Pomoc Maltańska”, nieco się wahałam. Okazało się, że moje obawy były niepotrzebne. Wspólne spędzanie czasu i  msze święte wzmocniły mnie i  uspokoiły. A  udział w  56. Międzynarodowej Pielgrzymce Zakonu Maltańskiego do Lourdes sprawił, że choroba nie postępuje. Cieszę się z  każdego dnia, w  którym nie doświadczam bólu, ale równie mocno, a może i bardziej, cieszę się z każdego dnia, w którym doświadczam miłości Boga, jaką okazuje mi przez innych ludzi: moją rodzinę i osoby związane z Zakonem Maltańskim. To w  ich gronie moja niespożyta chęć aktywności, bycia między ludźmi, działania znajduje zaspokojenie. Wśród nich czuję się po prostu dobrze. ❚ Halina Pieniek-Mika 7

[close]

p. 10

Dom Michała Archanioła w Szyldaku koło Olsztyna to najmłodsze „dziecko” Fundacji Polskich Kawalerów Maltańskich w Warszawie „Pomoc Maltańska”. Opiekę znajdują tam osoby cierpiące na przewlekłe choroby układu nerwowego, głównie schizofrenię. 63-letni Jan, brat Teresy Rogalskiej, czuje się coraz lepiej. – Kiedy w  czerwcu zeszłego roku trafił tu, do Szyldaka, był jeszcze na  wózku, teraz chodzi o  kuli, zaczyna mówić i  logiczniej myśleć. Ma świetnie prowadzoną rehabilitację. Mówi, że jeszcze na obie nogi stanie – uśmiecha się siostra, która odwiedza Jana średnio raz w tygodniu, przywozi mu lecznicze domowe nalewki na  żywokoście, kasztanach, a ostatnio bratki do  posadzenia w  ogrodzie. Jan od  40. roku życia cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową, która objawia się następującymi po sobie okresami manii i  depresji. Efektem choroby był m.in. poważny wypadek na  motorze. Wtedy Teresa zdecydowała, że weźmie brata do siebie, do domu na Warmii. Niestety, kilka lat temu doznał on rozległego udaru, który sparaliżował mu prawą stronę ciała. Rehabilitował się, ale ani 68-letnia Teresa, ani jej 73-letni mąż, który sam jest po operacji kręgosłupa, nie dawali rady opiekować się Janem. – A  brata trzeba dźwignąć, przebrać pampersa – mówi Teresa. Kobieta cieszy się, że jej brat w  ośrodku w  Szyldaku znalazł dom. – Jest tu czysto, sympatycznie, Jan chwali sobie wszystko, od obsługi po jedzenie, a on lubi dobrze zjeść. Wokół ośrodka są piękne tereny do  spacerów, jest zielono. Pod skrzydłami anioła Co roku mieszkańcy DPS w Szyldaku spotykają się ze swoimi bliskimi podczas „Dni rodziny” 88 Na kawę i na spacer Marianna, 67-letnia kobieta chora na schizofrenię, pierwszy raz do szpitala trafiła jako 19-latka. – Potem były długie okresy przerwy, wtedy mama pracowała jako pomoc kuchenna w  przedszkolu. Gdy miałem 12 lat, jej stan ponownie się pogorszył – wspomina syn Marianny, Rafał. Coraz częściej była hospitalizowana, przeszła na rentę. Prawdziwy cios nastąpił, gdy kilka lat temu, po wypadku samochodowym, zmarł jej mąż, ojciec Rafała. Wtedy syn wziął matkę do siebie. – Raz mama była spokojna, a za chwilę agresywna, uciekała z domu. Trzeba się nią było zajmować jak dzieckiem: myć, Na najmłodszych podczas „Dni rodziny” czeka wiele atrakcji karmić… – wylicza Rafał, który sam ma małego synka i  niewielkie mieszkanie. – Musiałbym zrezygnować z  pracy, by zajmować się mamą – przyznaje. Wreszcie Marianna trafiła do Szyldaka. Mimo obaw udało się jej tam zaaklimatyzować. fot. arch. DPS w Szyldaku

[close]

p. 11

widziane od środka – Gdy mama ma lepszy dzień, razem ze swoim przyjacielem, starszym panem idzie na  kawę, do  sklepu, na  spacer – mówi syn. Jan i  Marianna to dwoje z  niemal 100 podopiecznych podolsztyńskiego Domu Pomocy Społecznej w Szyldaku. Placówka, powstała w  1991 roku, zajmuje się osobami cierpiącymi na przewlekłe choroby układu nerwowego, głównie schizofrenię. Zatrudnia 50 pracowników, w tym 28 osób to wykwalifikowany personel opiekuńczo-terapeutyczny. W  ośrodku mieszkają zarówno kobiety, jak i mężczyźni, w różnym wieku i  stopniu zaawansowania choroby. Od  stycznia 2009 roku kieruje nim Fundacja Polskich Kawalerów Maltańskich w Warszawie „Pomoc Maltańska”. Dzień w Domu Michała Archanioła zaczyna się około siódmej rano. Chorzy wstają, myją się, jedzą śniadanie, uczestniczą w zajęciach terapeutycznych. Niektórzy w tym czasie spacerują, czytają, jeżdżą na  umówione wizyty lekarskie do specjalistów, wychodzą do sklepu po zakupy, np. po papierosy. Jak zauważa Robert Burdalski zapotrzebowanie na  tego typu opiekę ciągle w  Polsce wzrasta . – Rosnąca liczba zachorowań to nie tylko efekt silnego stresu, wyścigu szczurów, ale też wynik nadużywania alkoholu i narkotyków – tłumaczy dyrektor. Chorych do ośrodka oddaje rodzina, która nie jest w stanie sobie z nimi poradzić. Jeszcze częściej chorzy trafiają tu skierowani przez gminę, w przypadku, inni w ciężkiej depresji. – Ale też często zdarza się tak, że trafia do  nas pacjent z  opinią takiego, co to „biega z  siekierą za  rodziną” i  zagraża życiu bliskich, tymczasem okazuje się, że jest to osoba spokojna, która świetnie opiekuje się pozostałymi mieszkańcami ośrodka – zauważa dyrektor Burdalski. Według niego częstą przyczyną problemów jest niedopilnowanie przez rodziny, by pacjent regularnie przyjmował leki. W ośrodku ta zasada jest podstawą, pacjentom podawane są nowoczesne neuroleptyki, które w  przeciwieństwie do  leków starszych generacji mają znacznie mniej skutków ubocznych. Ale to tylko połowa sukcesu, druga to oczywiście terapia. Podstawową formą aktywizującą jest terapia zajęciowa, uzupełniana zajęciami kulturalno-oświatowymi oraz różnymi imprezami rekreacyjno-rozrywkowymi organizowanymi poza terenem domu. Poza tym placówka zapewnia kompetentną pomoc psychologiczną, socjalną, opiekę pielęgniarską, medyczną i rehabilitacyjną. – Gdy w 2009 roku zaczynaliśmy, ludzi na terapii można było policzyć na palcach jednej ręki, dziś na 100 osób korzysta z  niej średnio 70-80 – wylicza dyrektor Burdalski. – Prowadzimy przede wszystkim ­ terapię manualną – dopowiada Beata Śliwkowska, która w  Szyldaku pracuje od ponad 10 lat, a od roku jest kierownikiem działu Terapii i  Rehabilitacji Psychiatrycznej. Chwali, że po objęciu ośrodka opieką Fundacji Maltańskiej udało się utworzyć m.in. pracownię stolarską, komputerową i, szczególnie lubianą przez pensjonariuszy, tzw. salę doświadczeń świata. – Pacjenci mogą się tam zrelaksować i wyciszyć. Zazwyczaj kładą się na pufie, włączają muzykę i  relaksujące obrazy. Mogą też w  tym miejscu odbyć indywidualną terapię, na  którą czekają z  wytęsknieniem, ponieważ wielu z nich ma potrzebę wygadania się – wyjaśnia terapeutka. Przytulić Grzesia Dzięki tej formie terapii u wielu pacjentów obserwujemy poprawę. Mężczyźni chwalą sobie zajęcia w  stolarni i  komputerowe. Część z  nich odmawiała udziału w zajęciach plastycznych, uznając je za  dziecinne – tłumaczy Beata Śliwkowska. Personel stara się też zachęcić pacjentów do  większej samodzielności, poprzez np. utrzymanie porządku w  swoich pokojach, pomoc w  porządkowaniu terenu, choćby grabieniu liści. Dyrektor pilnuje, by personel nie naruszał intymności podopiecznych, nie ma mowy o przebieraniu pampersa czy kąpieli w obecności innych pensjonariuszy. Pracownikom nie wolno podnosić na  podopiecznego głosu nawet wtedy, gdy on sam krzyczy. – Mieszkaniec ma do  tego prawo, ponieważ jest chory. Aby opanować krzyk, czasem wystarczy awanturującego się np. Grzesia przytulić. To naprawdę działa – przekonuje Robert Burdalski, który zadbał, aby personel i mieszkańcy, którzy dotąd stanowili dwa odrębne światy, poznali się i  polubili. – Od  wielu pracowników słyszę: „Boże, jakie pan K. miał ciekawe życie” albo: „Jaki ten M. jest wykształcony!”. Uświadomili sobie, że ta choroba nie wybiera, wśród naszych mieszkańców jest lekarz, nauczyciel, osoby uzdolnione artystycznie. Potencjał pensjonariuszy w  pełni prezentuje się podczas corocznego czerwcowego pikniku z okazji Dnia Rodziny. – Przygotowujemy się do  niego z  kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Wystawiamy spektakl z  piosenkami i  wierszami stworzonymi przez naszych mieszkańców. Sami wymyślamy kostiumy – wylicza Beata Śliwkowska. Na piknik przyjeżdżają rodziny pensjonariuszy. Jest muzyka, grill, konkursy dla dzieci. To jest mój dom W  Szyldaku wszyscy dbają o  to, by mieszkańcy domu znaleźli swoje miejsce na  ziemi i  na  nowo powrócili do  życia. Osoby, które dobrze funkcjonują, mają szansę na  przeniesienie się z  głównego budynku do jednego z 8-osobowych domków, w  których samodzielnie – z  pomocą jednego wspólnego opiekuna – gotują, sprzątają, gospodarują pieniędzmi. – Wystarczy dać im szansę: „Ty możesz, my ci ufamy”, a ci ludzie rozkwitają. Nawet pacjenci, których baliśmy się włączyć do  projektu ze względu na  częste hospitalizacje, po roku ani razu nie byli w szpitalu – mówi Robert Burdalski. Dyrektora najbardziej cieszy, gdy zabiera ludzi ze szpitala z  powrotem do ośrodka: – Kiedyś nie było radości, mieszkańcy mówili: „wracam do DPS”, dziś mówią: „jadę do domu”. ❚ Alicja Stogowska Grzybobranie w mazurskich lasach gdy rodzina w ogóle się nimi nie interesuje. Część kosztów utrzymania pokrywa samorząd (w  zależności od  zasad finansowania: starosta lub wojewoda), chorzy oddają też placówce 70 proc. swego uposażenia, np. renty czy emerytury. Relaks i wyciszenie Stan, w  jakim pacjenci trafiają do  Szyldaka jest różny: jedni są agresywni, 9

[close]

p. 12

wywiad Godność ludzi niechcianych – Żadne mechanizmy rynkowe ani żadne naciski społeczne czy polityczne, a nawet żadne wymagania administracyjne nie zwalniają lekarza z przestrzegania zasad sumiennego, odpowiedzialnego działania na rzecz dobra chorego – przypomina profesor Zbigniew Chłap, przewodniczący Stowarzyszenia Lekarze Nadziei w rozmowie z Żanną Słoniowską. ŻANNA SŁONIOWSKA: Kim Pan chciał zostać w  młodości? Jak Pan wyobrażał sobie wtedy swoje życie? PROF. ZBIGNIEW CHŁAP: Prawdę mówiąc, jako młody człowiek nie myślałem o  medycynie. Do  wyboru studiów lekarskich przekonały mnie rozmowy z ojcem, który po powrocie z  obozu jenieckiego powiedział: wybierz taki zawód, który da ci nie tylko satysfakcję, ale i  możliwość przeżycia w  każdych warunkach. Moim marzeniem była wówczas szkoła aktorska, brałem też pod  uwagę prawo. Ale ojciec miał rację, studia medyczne okazały się fascynujące, odnalazłem się tam. Już na  trzecim roku zaproponowano mi asystenturę, co było dla mnie wielkim zaszczytem i pomocą finansową w tamtych „głodnych” latach 19471952. Ż.S.: Czy przeżycie okupacji i trudne warunki życia w szczególny sposób wyczuliły Pana na  potrzeby innych? Z.CH.: To bardzo interesujące pytanie. W  czasie okupacji z  powodu bardzo trudnej sytuacji materialnej dostałem się do  domu opieki prowadzonego przez Zgromadzenie Braci Szkolnych. Bardzo dobrze wspominam tamtejsze wychowanie, światłe nie tylko w zakresie kształtowania wiary, ale także patriotycznych postaw. Dość wspomnieć, że na terenie domu Braci Szkolnych mogliśmy zorganizować oddział Szarych Szeregów AK, w  którym działałem jako podchorąży „Robur”. Idee działalności społecznej zawdzięczam w  pierwszym rzędzie mojemu ojcu. Już jako gimnazjalista walczył w Legionach, a po odzyskaniu niepodległości stał się lubianym przez młodzież wychowawcą, nauczycielem historii, zaangażowanym w  liczne działania społeczne, m.in. budowę szkoły w najuboższej dzielnicy Częstochowy. Jest jeszcze jeden niesłychanie ważny etap w  moim życiu, którym było powstanie Solidarności. Dla mnie była to znakomita okazja do  podejmowania współpracy wielu różnych środowisk dla dobra całego społeczeństwa. W  tamtych czasach, gdy byłem przewodniczącym Komisji Nauki Akademii Medycznej, opracowywaliśmy m.in. założenia do  reformy służby zdrowia i  odnowienia samorządu lekarskiego. W 1989 roku zostałem wybrany pierwszym przewodniczącym Komisji Etyki Naczelnej Rady Lekarskiej, która opracowała powojenny kodeks etyki lekarskiej, obowiązujący z niewielkimi poprawkami do dziś. Ż.S.: Czy Pana ówczesna wizja przemiany służby zdrowia się zrealizowała? Z.CH.: Jest to bardzo szeroki temat, ponieważ opracowaliśmy szczegółowy program tejże reformy. Myślę, że w wielkim skrócie można by przytoczyć podstawowe założenia naszego fot. Paweł Rucki Prof. Chłap z nagrodą TOTUS Profesor Zbigniew Chłap, lekarz, współzałożyciel i przewodniczący Stowarzyszenia Lekarze Nadziei, jest członkiem Związku Polskich Kawalerów Maltańskich. W ubiegłym roku został odznaczony medalem „Pro Publico Bono” za najlepszą inicjatywę w dziedzinie medycyny społecznej oraz nagrodą TOTUS Fundacji Episkopatu Polski. 10 10

[close]

p. 13

fot. archiwum SLN projektu oparte o  niepodważalne kanony medycyny, a  mianowicie iż „najważniejszym nakazem etycznym lekarza jest dobro chorego, dlatego żadne mechanizmy rynkowe ani żadne naciski społeczne czy polityczne, a  nawet żadne wymagania administracyjne nie zwalniają lekarza z przestrzegania zasad sumiennego, odpowiedzialnego działania na rzecz dobra chorego, niezależnie od jego statusu materialnego czy innych uwarunkowań”. Nasza wizja szła więc znacznie głębiej niż obecna reforma, w której przyszło nam żyć i która nigdy tak do  końca nie została przeprowadzona. Obecne nakłady na  powszechną służbę zdrowia w Polsce są skandalicznie małe. Tymczasem 2,5 miliona ludzi żyje u nas w biedzie. Wielu ludzi jest nieubezpieczonych, bezdomnych, bezrobotnych. Należy im się pomoc, którą powinno zagwarantować państwo, a także świadome społeczeństwo. Mamy wspaniałą maltańską dewizę, która mówi: obseqium pauperum – pomoc ubogim. Ż.S.: Kiedy powziął Pan pomysł utworzenia Lekarzy Nadziei? Z.CH.: W  czasie stanu wojennego do  Polski przyjeżdżało z  pomocą wiele humanitarnych organizacji światowych, zwłaszcza francuskich. Idąc za ich przykładem w 1984 roku, w podziemiach kościoła św. Krzyża w Warszawie, założyliśmy polską filię francuskiej organizacji Médecins du Monde – Lekarze Świata. Po kilku latach doszliśmy do wniosku, że łatwiej nam będzie działać w  kraju jako niezależna polska organizacja, i oto mamy polskie Stowarzyszenie Lekarze Nadziei. Ż.S.: I od trzydziestu lat pracujecie dla tych, o  których pewna część społeczeństwa nie chce ani słyszeć, ani myśleć… Z.CH.: W  statucie naszego stowarzyszenia zapisaliśmy jako główny cel pomoc ludziom, którym z  różnych przyczyn grozi marginalizacja, wykluczenie społeczne. Dla udzielania konkretnej pomocy medycznej zorganizowaliśmy przede wszystkim przychodnie lekarskie dla bezdomnych, skrajnie ubogich, a  także dla migrantów bez prawa do świadczeń opieki zdrowotnej. Przyjmujemy wszystkich na  zasadzie otwartych drzwi. Niestety dziś działają tylko dwie przychodnie – w  Krakowie i  Warszawie, wcześniej było ich kilka w kraju. Powołaliśmy też apteki darów, czyli punkty charytatywne, gdzie wydawane są leki i materiały medyczne. Stanowią one bazę zaopatrzeniową wielu placówek społecznych oraz misji humanitarnych poza granicami Polski. Ż.S.: Dlaczego przychodni jest mniej? Z.CH.: Z  braku funduszy. Wprawdzie dostajemy od  samorządu miejskiego dotacje roczne, jednak nie wystarczają one na  pokrycie potrzeb coraz liczniejszych pacjentów. Tylko w  Krakowie nasza przychodnia udziela doraźnej pomocy blisko 4 tysiącom chorych rocznie. Często są to ludzie w  stanie skrajnego zaniedbania. Trzeba ich wykąpać i  dać ubranie, dopiero potem można przeprowadzić konsultacje, zrobić badania i podać leki. Stąd konieczność zbiórki leków z  różnych źródeł, m.in. przeprowadzana przez naszą tak zwaną Aptekę Darów na  os. Dywizjonu 303, pawilon 1, w Krakowie lub inne placówki. Ż.S.: Czy każdy może przynieść tam z domu niepotrzebne leki? Z.CH.: Owszem. Bardzo prosimy wszystkich ludzi dobrej woli o przekazywanie w  formie darów nieprzeterminowanych i  nieuszkodzonych leków – choć nie jest to zgodne z  restrykcyjnymi zarządzeniami, że wszystkie leki niezużyte muszą być spalone, niezależnie od  tego, czy są dobre, czy złe. To zarządzenie uważam za  wyjątkowo aspołeczne. Ż.S.: Pracował Pan jako młody lekarz nie tylko w  Polsce, ale także we Francji i  w  Afryce oraz na  krótkich misjach na  Ukrainie, Białorusi, w Mołdawii. Gdzie było najtrudniej? Z.CH.: W  Kamerunie, w  ośrodku prowadzonym przez polskie siostry zakonne zetknąłem się z niewyobrażalną biedą. Wstrząsnął też mną los Pigmejów, którzy są przez naszą cywilizację skazani na  zagładę, ponieważ wielkie koncerny wycinają w pień dżunglę, która była ich naturalnym środowiskiem. To powoduje, że przerażeni ludzie, mieszkańcy lasów, uciekają i  tysiącami gromadzą się wokół miast. Ż.S.: Wiem, że wiele inicjatyw udało się przeprowadzić Panu dzięki kooperacji ze Związkiem Polskich Kawalerów Maltańskich… Z.CH.: Szczególnie blisko współpracowaliśmy ze służbą maltańską: organizowaliśmy wspólny wyjazd z  pomocą w  czasie powodzi, odbyliśmy wiele misji na wschodzie, m.in. na Ukrainie, Białorusi, w  Mołdawii, wyposażeni w leki z Maltańskiego Centrum Farmacji w Wersalu. Również poprzez oddział radomski ZPKM otrzymywaliśmy dary ze Szwajcarii, dzięki czemu wyposażyliśmy gabinet ginekologiczny w  naszej przychodni. Z  krakowskim oddziałem ZPKM co roku współorganizujemy maltańskie koncerty charytatywne. Ż.S.: Na  co dzień widzą Państwo od  podszewki życie niechciane, nieuczesane, brudne. Czego takie doświadczenia uczą? Z.CH.: W Polsce część społeczeństwa wygłasza mylne sentencje, że „człowiek jest bezdomny, bo chce być bezdomny”. W ten sposób ludzie odsuwają się od pomocy, czując się usprawiedliwieni. Z naszego doświadczenia wynika, że nikt dobrowolnie nie chce być bezdomnym. Jednym z najdotkliwszych cierpień ludzkich jest brak dachu nad głową, utraconego nie zawsze z własnej winy. Ż.S.: Za  mało w  nas, społeczeństwie, myślenia o  pomocy skutecznej i wszechstronnej? Z.CH.: Nie tracę nadziei na  poprawę sytuacji. Wierzę też w  działanie Opatrzności. Ostatnio nasza Przychodnia dla Ludzi Bezdomnych i  Ubogich została na  zaproszenie ojców kapucynów przeniesiona do nowoczesnego lokalu przy ulicy Smoleńsk 4. Mogliśmy otworzyć dodatkowe gabinety specjalistyczne, powstały też nowe poradnie oraz łaźnia i  pralnia. Warto pamiętać, że każda forma pomocy materialnej czy wsparcia duchowego to wspaniały dobry uczynek na rzecz ludzi żyjących obok nas w  ubolewania godnych warunkach. To również wyraz wspólnoty społeczeństwa w celu ochrony tych niechcianych, sprawiających tylko kłopoty urzędującym… 11

[close]

p. 14

wokół opłatka wywiad Organizatorzy dziękują sponsorom i partnerom Opłatka Maltańskiego Spotkanie w Zamku Korzkiew Organizowany już od 13 lat Opłatek Maltański zgromadził wokół swojej idei pomagania zacne grono sponsorów, partnerów, instytucji i  darczyńców z  całej Polski. Dlatego, aby wyrazić swoją wdzięczność, organizatorzy zapraszają co roku wszystkich wspierających dzieło na  specjalnie dedykowane im spotkania. Dają okazję do  uroczystego wręczenia podziękowań. Ale i do rozmowy, i do bliższego poznania się. Zaproszonym do Zamku w Korzkwi gościom od początku spotkania towarzyszył radosny nastrój Tym razem dziękowaliśmy za wsparcie 15 Opłatków Maltańskich, które odbyły się w 2014 roku w 15 miastach. Spotkanie odbyło się w salach XIV wiecznego Zamku Korzkiew koło Ojcowa, do których zaprosił Jerzy Donimirski, właściciel Zamku oraz członek Zarządu ZPKM. Spotkaniu przewodniczył Prezydent Związku Polskich Kawalerów Maltańskich, Aleksander hr. Tarnowski. Zaproszeni goście otrzymali poPrezydent ZPKM Aleksander Tarnowski ...oraz Państwu Marii dziękuje Ewelinie Młynarczyk i Mieczysławowi Kucharskim dziękowanie w formie dyplomu oraz upominek – przypinkę z firmy Nowatech... z Marysinego Dworu... w kształcie tarczy z krzyżem maltańskim. Była to także wspaniała okazja do poznania się, rozmów, przybliżenia aktualnej działalności Zakonu Maltańskiego oraz podsumowania ostatniej edycji Opłatka Maltańskiego. Wśród zaproszonych gości byli obecPodziękowania dla Małgorzaty ni przedstawiciele firm i instytucji wspieJarosz-Jarszewskiej, lokalnego rających Opłatek Maltański, członkowie koordynatora z Warszawy Zakonu Maltańskiego, kierownictwo Miejskich Ośrodków Pomocy Społecznej, koordynatorzy oraz wolontariusze. Przybyli także: przedstawiciel Burmistrza Miasta i Gminy Wieliczka, Artura Koktajl po prezentacji multimedialnej oraz wręczeniu podziękowań Kozioła; Rektor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w  Toruniu, Andrzej Tretyn; wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Fundraisingu, Robert ZAPRASZAMY DO WSPÓŁPRACY! ZGŁOSZENIA NOWYCH Kawałko oraz wiceprezes Business Center Club, Eugeniusz OPŁATKÓW MALTAŃSKICH PRZYJMOWANE SĄ DO KOŃCA Budniok z żoną Anną. SIERPNIA. KONTAKT: Po części oficjalnej, której najważniejszym momentem było wręczenie podziękowań, wszyscy zebrani udali się na  koktajl oraz degustację win maltańskich. Atmosfera ❚ Hanna Wesołowska-Starzec Koordynacja ogólnopolska spotkania była wspaniała i dała się odczuć każdemu. Świadczy o  tym liczna obecność zaproszonych gości (110 osób), gsm +48 696 402 764  radosny nastrój, rozmowy, w  tym plany kolejnych dobrych e-mail: hanna.wesolowskastarzec wspólnych działań. Wszystkim obecnym za  to bardzo, bar@zakonmaltanski.pl dzo dziękujemy! 12 12 (red) www.oplatekmaltanski.org www.zakonmaltanski.pl fot. archiwum ZPKM

[close]

p. 15

Karczma „Marysin Dwór” jest pierwszą góralską karczmą na Śląsku fot. arch. Państwa Kucharskich Z potrzeby serca Od prawie dekady w restauracji „Marysin Dwór” małżeństwo z Podhala organizuje na Śląsku Opłatek Maltański, na który zaprasza najbardziej potrzebujących. Maria i Mieczysław Kucharscy pomaganie mają we krwi. S toły elegancko nakryte, białe obrusy, zastawa, błyszczące sztućce. Opłatek, tradycyjne potrawy: kapusta z grochem, karp, ciasta. Dźwięki kolęd. Odświętnie ubrani goście, serdeczne rozmowy, uśmiechnięte dzieci. Tak powinna wyglądać wigilia w każdym domu. Maria i Mieczysław Kucharscy, wraz ze Związkiem Polskich Kawalerów Maltańskich i katowickim Miejskim Ośrodkiem Pomocy Społecznej, organizują Opłatek Maltański, wieczerzę wigilijną dla tych, którzy nie potrafią lub nie mogą jej zorganizować. – Dobro to coś, co lepi się do każdego. Chcemy nie tylko pomagać, ale dzielić się z naszymi gośćmi radością świąt – opowiada Mieczysław Kucharski. A współorganizatorka Opłatka, dama maltańska, Ilona Świerad dodaje: – Maria i Mieczysław Kucharscy to ludzie, dla których pomaganie innym to oczywistość. Kierują się zasadą, że „skoro nam się w życiu udało, to mamy się dzielić tym, co posiadamy”. Z Podhala na Śląsk Maria i Mieczysław Kucharscy, rodowici górale z Nowego Targu, 40 lat temu przeprowadzili się na Śląsk. Początkowo zajmowali się kuśnierstwem i garbarstwem, ale gdy czasy prosperity w tej branży się skończyły, zaczęli szukać nowego pomysłu na biznes. Postanowili wykorzystać to, co najlepsze z własnego dziedzictwa i otworzyć góralską karczmę. –Nazywam się Kucharski i to dobre nazwisko na start! Mój ojciec przed laty prowadził karczmę w Nowym Targu, dużo z żoną jeździliśmy po świecie i dobra kuchnia nigdy nie była mi obca. Niemniej było to duże wyzwanie – przyznaje Mieczysław Kucharski. W 2001 roku Kucharscy byli pierwszymi, którzy stworzyli oryginalną góralską karczmę na południu Polski. Dziś na trasie z Katowic do Warszawy powstało wiele kolejnych. Karczmę urządzili we wcześniej wybudowanym budynku przemysłowym. Nazwano ją na cześć Marii – „Marysin Dwór”. W restauracji, jak i w całym obiekcie wykorzystano bele drewniane ze starego 130-letniego młyna oraz 100-letnich budynków mieszkalnych. Obiekt, choć położony nieco na uboczu, w dzielnicy Załęże, od początku przyciągał oryginalnym wystrojem, a przede wszystkim kuchnią. – Moim popisowym daniem jest, rzecz jasna, najlepsza podhalańska jagnięcina, ale, oczywiście, mamy też dania kuchni śląskiej – wylicza Mieczysław Kucharski. – Moi koledzy przekonywali, że nie ma prawa nam się udać, a ja z przekorą im odpowiedziałem, że jak otworzymy karczmę, to po miesiącu, żeby do nas przyjść, trzeba będzie zrobić rezerwację z tygodniowym wyprzedzeniem. A gdy wystartowaliśmy, okazało się, że na stolik trzeba jeszcze dłużej czekać – opowiada Mieczysław Kucharski. Restauracja dość szybko znalazła uznanie wśród klientów biznesowych, pierwszym była firma działająca na rynku papierniczym. – Jeden z naszych gości, ważny 13

[close]

Comments

no comments yet