Krzyż Maltański 4/12/2014

 

Embed or link this publication

Description

4/grudzień 2014 (0004)

Popular Pages


p. 1

numer 2 (4) • grudzień 2014 KRZYŻ MALTAŃSKI Gazeta Zakonu Maltańskiego w Polsce ISSN 2353-8740 Człowiek z żelaza Radosnych Świąt Bożego Narodzenia życzy redakcja „Krzyża Maltańskiego” Cud w Szczyrzycu Ratownicy w polskim Davos Tomasz Tarnowski podczas zawodów Ironman Maltańskie biegi po pomoc

[close]

p. 2

od redakcji 1 rozważania 2 Bieg jest jak modlitwa Iron man dla  3 Wola walki 1 reportaż Barczewa 11 8 rozmowa widziane od środka 13 W Barczewie Asi jest dobrze Partytura nadziei Szczyrzyc: genius loci, geniusz ludzi 3 18 rozmowa 15  17 rozmowa Ratownicy Moje miejsce na Ziemi Davos wokół  opłatka w polskim Profesjonalizm i determinacja 19 rozmowa 21 Błogosławiony czas świąt Z miłości do ludzi  22 felieton 29 historia 29 z kronik Zakonu Maltańskiego 29 WIEŚCI MALTAŃSKIE Wierni pięknym tradycjom Joannitki w cieniu rycerzy Maltańczycy w świecie Gazeta Zakonu Maltańskiego w Polsce ISSN 2353-8740 numer 2 (4) 2014 Redaktor naczelna: Anna Rucka anna.rucka@zakonmaltanski.pl redaktor@gazeta.zakonmaltanski.pl Wsparcie merytoryczne i techniczne: Jerzy Donimirski, Waldemar Gołębski, Karol Jarnuszkiewicz Korekta: Joanna Świątkiewicz Adres do korespondencji: Krzyż Maltański, 30-583 Kraków, ul. Parkowa 11 Projekt graficzny: Jadwiga Burek Redaktor techniczny: Edward Augustyn www.krzyzmaltanski.pl nakład: 3000 egzemplarzy Reportaże, wywiady: Piotr Idem, Żanna Słoniowska

[close]

p. 3

od redakcji Szanowni Państwo, z wielką przyjemnością oddaję Państwu czwarty numer „Krzyża Maltańskiego”. Powodów do  radości jest naprawdę sporo. W ostatnich miesiącach Maltańczycy wielokrotnie udowodnili, że w pomaganiu nie mają sobie równych. Zacznę od nadzwyczajnej akcji „Zakon Maltański Ektremalnie” Tomasza Tarnowskiego, który we wrześniu wziął udział w morderczych zawodach Ironman, by w  ten sposób zebrać pieniądze na  respiratory dla pacjentów szpitala w Barczewie (cykl artykułów od  str. 3). Projekt był prosty i  genialny jednocześnie – kawaler przyjął „honorowy zakład” zgodnie z zasadą – im szybciej pokona 16-godzinny dystans triatlonu, tym więcej darczyńcy przekażą na  Barczewo. Liczył się każdy kwadrans „urwany” z limitu. W ten sposób udało się Tomaszowi Tarnowskiemu zebrać aż 200 tysięcy złotych dla Barczewa. Na tym koniec? Nie. 11 listopada w Białym Kościele pod Krakowem w III Biegu Niepodległościowym „Niepodległościowa Jedenastka” wziął udział dziewięcioosobowy team w  barwach Zakonu Maltańskiego, w  rekomendowanych, „firmowych” koszulkach (dostępnych pod adresem www.sklep.zakonmaltanski.pl). Nadrzędnym celem przedsięwzięcia było promowanie Zakonu Maltańskiego, jego idei i dzieł dedykowanych chorym i potrzebującym. Można mieć nadzieję, że promocja działalności charytatywnej i pozyskiwanie funduszy na  konkretne cele przez sport okażą się zaraźliwe dla wielu osób zaangażowanych w dzieła maltańskie. Niewątpliwym sukcesem Zakonu, a konkretnie Maltańskiej Służby Medycznej było w  tym roku również zabezpieczenie medyczne Forum Ekonomicznego w Krynicy oraz towarzyszącego mu Festiwalu Biegowego (str. 17-18). Wszystko wskazuje na to, że MSM w polskim Davos pojawi się jeszcze nie raz. W  tym numerze warto także zwrócić szczególną uwagę na cykl tekstów poświęconych Maltańskim Integracyjnym Obozom w Szczyrzycu (str. 14-16) oraz rozmowę z wybitnym filozofem i przyjacielem Jana Pawła II, prof. Karolem Tarnowskim, poświęconą m.in. bezinteresownemu pomaganiu (str. 11-12). Pomaganiu, które – jak zauważa prof. Tarnowski – wzmacnia nasze człowieczeństwo, powoduje, że rośniemy jako ludzie. Z wyrazami szacunku Anna Rucka z zespołem Bieg jest jak modlitwa – Pobiegłem dla Maltańczyków, bo inspirują mnie rycerze, którzy w  imię ważnych celów nie walczą już jak kiedyś mieczem, ale stawiają na  walkę z  własnymi słabościami – Andrzej Zwara, sopocki adwokat, prezes Naczelnej Rady Adwokackiej wyjaśnia „Krzyżowi Maltańskiemu” powody, dla których w barwach Zakonu Maltańskiego 11 listopada 2014 roku wziął udział w III Biegu Niepodległościowym „Niepodległościowa Jedenastka”. „Krzyż Maltański”: Był to trudny bieg? Andrzej Zwara: Łatwy nie był, bo odbywał się w warunkach górskich, zaczynał się ostro zboczem w dół, kończył mocnym podbiegiem, co było wyczerpujące, wymagało zmiany oddychania i tempa, odpowiedniego rozłożenia sił. Chwilami w mojej głowie pojawiała się myśl: „Po co to wszystko”? K.M.: Zatem po co? A.Z.: Żyjemy w  „wygodnych” czasach. A przecież nie chodzi tylko o to, by żyć wygodnie. Warto coś z  siebie dać, wykonać jakiś większy wysiłek po to, by poczuć, co naprawdę ma wartość. Dla mnie wielką inspiracją stał się wyczyn Tomasza Tarnowskiego w  zawodach Ironman. Pokazał mi, że można połączyć dwie fascynujące idee – przełamywanie ograniczeń ciała i  psychiki z  pomaganiem. Tomek udowodnił nam rycerskość w nowoczesnym stylu. Dlatego właśnie pobiegłem dla Maltańczyków, bo inspirują mnie rycerze, którzy w imię wyższych celów nie walczą już jak kiedyś mieczem, ale stawiają na walkę z własnymi słabościami. K.M.: Nie był to jednak pierwszy bieg w Pana życiu... A.Z.: Rekreacyjnie biegam od dziesięciu lat. Jest to naturalna forma sportu, poza tym oddychanie w  biegu sprzyja kontemplacji i  skupieniu się – uwielbiam to. Dla mnie bieg jest jak modlitwa. Serdecznie zachęcam też innych do  takiej modlitwy, z  intencją dla potrzebujących. Dla Maltańczyków zawsze chętnie stanę na  starcie. Liczę, że będzie do tego jeszcze wiele okazji. W tegorocznym III Biegu Niepodległościowym „Niepodległościowa Jedenastka” w  barwach Zakonu Maltańskiego wzięli udział (patrz fotografia na okładce): Jacek Zwara, Stefan Donimirski, Andrzej Zwara, Janek  Tarnowski, Kamil Jezierski, Krzysztof Janiczak (górny szereg od lewej) oraz Julia Zarycka, Sabina Bisztyga, Sylwia Kuczko (dolny szereg od lewej). Archiwum NRA 1

[close]

p. 4

rozważania początkowe wola walki Never in the field of human conflict was so much owed by so many to so few. (Jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele, tak nielicznym) – tymi słowami Winston Churchill w swoim przemówieniu podsumował wkład polskich lotników w zwycięstwo w bitwie o Anglię. Rachunek wydaje się być nader oczywisty. Działanie matematyczne proste do  przeprowadzenia. W  liczniku owej proporcji winna znaleźć się ówczesna populacja poddanych Jego Królewskiej Mości. W mianowniku – stan osobowy polskich lotników broniących nieba nad Wyspami. W  efekcie odkrywamy, ilu ocalonych poddanych brytyjskiej korony przypada na  jednego lotnika. Jeszcze bardziej wyraziście brzmią słowa premiera z Downing Street 10 w odniesieniu do  wrześniowych dokonań Tomasza Tarnowskiego, który podjął się startu w  malborskim Ironmanie. W  tym przypadku za  słowem „wielu” kryją się nie tylko pacjenci maltańskiego szpitala w  Barczewie, są nimi również ich krewni oraz opiekujący się nimi lekarze, pielęgniarki, pracownicy szpitala. Wszyscy bezpośrednio bądź pośrednio zależni od  respiratorów. Za  słowem „niewielu” – choć wspierany przez kibiców i darczyńców – stoi de facto jeden człowiek – konfrater Tomasz. Czcigodni Panowie Chorzy I  tu matematyka jest zbędna, choć można by się pokusić o  wyliczenia. Zestawiać czas, który „urwał” z regulaminowych szesnastu godzin, z sumą środków, którą tym samym pozyskał na  wykupienie z  leasingu respiratorów. Odnieść powyższe do  ustawowych kosztów pobytu pacjenta w placówce takiej jak nasza. Obliczyć zyski wynikające z  wykupienia urządzeń od leasingodawcy. Można. Ale po co? Życie ludzkie na  żadnym etapie nie podlega wycenie. Równie wartościowy jest pierwszy, jak i ostatni z oddechów. Hospito znaczy gościć kogoś. Hospitalitas to gościnność, miłość bliźniego, miłosierdzie. Domus hospitalis – hospicjum, dom gościnny, dom służący celom humanitarnym, przytulisko, schronisko, gospoda. Szeroko pojęta działalność szpitalnicza od  samego początku była podstawową formą wcielania w  życie drugiego z  członów zakonnej dewizy obsequium pauperum. Szpitale stawały się miejscem, gdzie – równie zaciekle, jak na  bitewnych polach w  imię tuitio fidei – walczono o zdrowie, życie i godność czcigodnych panów chorych. Przykłady długo by mnożyć. Tak było. Tak jest. Tak – daj Boże – będzie nadal – dzięki między innymi przekraczającemu granice wydolności ludzkiego organizmu Żelaznemu Tomaszowi – także w Barczewie. Szpital innym niż jest Wydaje mi się, ciociu, że oni chcieliby widzieć ten szpital innym, niż naprawdę jest. Jakby człowiek przychodził do szpitala tylko po to, żeby wyzdrowieć. A przecież przychodzi się tutaj także po to, żeby umrzeć (E.-E. Schmitt: Oskar i Pani Róża, Znak, Kraków 2005, s. 13). Już prościej i  zarazem genialniej, niż zrobił to Oskar, powiedzieć się tego nie da. Uczciwość nakazuje, by wspomnieć w  tym miejscu, że choć pierwszym i podstawowym zadaniem szpitala jest przyjmowanie i  ratowanie życia, to jednocześnie zdarza się, iż jest on miejscem przekraczania ostatniej z  życiowych granic – śmierci. Granicy o  tyle ważnej, że za nią również jest życie. Radykalnie odmienne od tego, które póki co znamy. Ale wciąż życie. Konfrater Tomasz Tarnowski na swoim ekstremalnym blogu donosi, iż na malborskim Ironmanie poprzestać nie zamierza. Stawia sobie, a przy tym swoim bliskim, współpracownikom kolejne wyzwanie. Zachęca przy tym zasiedziały w  domowych czy biurowych fotelach świat, a  zatem i  nas, by ruszyć się, podbiec gdzieś, podjechać rowerem, zrobić coś dla siebie samego. Wspierani spokojnym, miarowym szelestem respiratorów chorzy oraz ich rodziny oczekują kolejnych dni, wierząc, że te przełożą się na miesiące, lata. Oby tak było. Konfratra Tomasza i chorych z Barczewa łączą respiratory, które udało (uda) się wykupić z  leasingu dzięki udziałowi w  Ironmanie. Ale to nie wszystko. Łączy ich również – a może przede wszystkim – wola walki, która przejawia się w wyznaczaniu i przekraczaniu kolejnych granic wciąż od nowa stawianych przez życie (sport czy chorobę). ❚ Michał Palowski Kapelan Magistralny Zakonu Maltańskiego fot. archiwum ZPKM 22

[close]

p. 5

Ironman dla Barczewa od redakcji Człowiek z żelaza Człowiek o wielkim sercu, żelaznej woli i równie żelaznej kondycji. Tomasz Tarnowski, członek Związku Polskich Kawalerów Maltańskich, choć nigdy wcześniej nie brał udziału w triatlonie, mając 48 lat, zdecydował się zmierzyć z morderczym dystansem Ironmana. 7 września w Malborku pokonał 3,9 kilometra wpław, 180 kilometrów na rowerze i przebiegł 42 kilometry, by zebrać pieniądze na respiratory dla ciężko chorych pacjentów szpitala w Barczewie. Zawody Ironman to jeden z najbardziej prestiżowych wyścigów na  świecie. Profesjonaliści osiągają w  nim wyniki w  granicach 8-9 godzin, dobrzy amatorzy – rzędu 13-14 godzin, ale aby go ukończyć trzeba zmieścić się w  limicie 16 godzin. Tomasz Tarnowski postanowił podjąć wyzwanie i  nie tylko zmieścić się w limicie, ale połączyć bieg z  akcją charytatywną. Jej uczestnicy wzięli udział w honorowym zakładzie. Zadeklarowali wpłatę konkretnych kwot w  przypadku ukończenia zawodów przez Tarnowskiego. Kwoty były zwiększane za  każde 15 minut, które udało się biegaczowi „urwać” z 16-godzinnego limitu. Zebrane pieniądze zostaną przeznaczone na  zakup pięciu respiratorów dla szpitala w  Barczewie koło Olsztyna. W placówce, prowadzonej przez fundację Kawalerów Maltańskich, hospitalizowanych jest ponad 70 chorych wymagających opieki paliatywnej. Każdy z  respiratorów kosztuje około 24 tysięcy złotych – do zebrania była więc niebagatelna kwota 120 tysięcy złotych. Wyzwanie było tym bardziej olbrzymie z  uwagi na  fakt, że Tomasz Tarnowski nie jest profesjonalnym sportowcem, ale amatorem, który na  przygotowania do  wyścigu miał zaledwie 10 tygodni. Treningi prowadził na  pożyczonym 20-letnim rowerze, łącząc je z  pracą oraz intensywną akcją informacyjną i  fundrisingową, dokumentował też swoje przygotowania na blogu http://zakonmaltanski.pl/ ironman/blog. Z  dnia na  dzień rosła liczba kibicujących mu osób, które podejmowały zakład. Łącznie wpłaty zadeklarowało ponad 240 osób. Tomasz Tarnowski, przełamując własne ograniczenia, pokonał wyznaczony dystans w  12 godzin 23 minuty i 30 sekund, „urywając” z limitu 16 godzin aż 14 kwadransów. Z  samych zakładów udało mu się zebrać około 200 tysięcy złotych, a nie jest to kwota ostateczna, bo wciąż napływają dodatkowe wpłaty. Z wiary i miłości O tym, jak hartował się „żelazny człowiek” i kto go wspierał, opowiada Krzyżowi Maltańskiemu sam Tomasz Tarnowski. Krzyż Maltański: Dlaczego zdecydował się Pan na start w Ironmanie? Tomasz Tarnowski: W czerwcu tego roku w trakcie burzliwej dyskusji dotyczącej klauzuli sumienia i  wartości życia przesłałem znajomym niezwykły film o Dicku Hoytcie, który pokonuje całego Ironmana z  niepełnosprawnym synem, ciągnąc go w pontonie, wioząc na rowerze w specjalnej przystawce i  pchając wózek do  biegania (tzw. joggera) przez 42 kilometry biegu. Ten obraz jest tak silny, że dławi, ale jednocześnie inspiruje. Po chwili przyszedł mail od  Jerzego Donimirskiego, który zaproponował: „Tomek, mocny film – a może w «ramach dyskusji» zrobiłbyś Ironmana charytatywnie? – w szpitalu w Barczewie pilnie trzeba zakupić kilka respiratorów – to konkret”. KM: I  tak od  razu Pan się zdecydował? Nie miał Pan żadnych wątpliwości, czy podoła? TT: Przyznaję, obawiałem się wielu rzeczy: że nie dam rady, że rozkręcę coś, czego nie będę potrafił dociągnąć Tomasz Tarnowski przebiegł w czasie Iromana aż 43 kilometry do końca… Wiedziałem, że na treningi będę musiał poświęcić blisko 3 miesiące życia, oddać się tym przygotowaniom w  stu procentach. Mam swoje lata, rodzinę, pracę, które wypełniały mi dobę. Miałem też ewidentne braki sportowe. Ostatni raz przepłynąłem 10 długości basenu na drugim roku studiów, w ramach zaliczenia z WF-u. Na rowerze szosowym nie jeździłem nigdy, a mój rower służący rekreacji miał czyszczony łańcuch przed wejściem Polski do NATO. 3

[close]

p. 6

Ironman dla Barczewa KM: Żartuje Pan? Ale miał Pan chociaż doświadczenie z bieganiem? TT: Biegałem. Miesięcznie średnio 100 kilometrów, rekreacyjnie. Cztery razy udało mi się pokonać dystans maratonu (z  najlepszym czasem 3 godziny 44 minuty) i  raz Ultra Bieg – 100 kilometrów w  górach. Eksperci, z  których opiniami się zapoznałem, zwracali jednak uwagę, że ciało podczas triatlonu wykonuje trzy zupełnie różne rodzaje wysiłku. Po kilkugodzinnej jeździe na  rowerze trudno przejść gładko do  biegu. Mięśnie nóg inaczej przyjmują zmęczenie, każdy krok podczas biegu to przeciążenia sięgające 2G, a bez odpowiedniego rozciągnięcia po zejściu z  roweru można naderwać np. ścięgna Achillesa. Profesor Wojciech Ratkowski, specjalista od wytrzymałości organizmu, mistrz Polski w maratonie z 1984 roku, określił czas przygotowań na co najmniej 12 miesięcy… A ja miałem 10 tygodni. Projekt wydawał się ponad moje siły i… chyba właśnie dlatego postanowiłem, że spróbuję. KM: Od czego zaczął Pan przygotowania? TT: Od  gromadzenia wiedzy i wsparcia. Nieocenioną pomocą służył mi Zdzichu Wojtyło – weteran triatlonu, czwarty Polak, który na  początku lat 90. ukończył Ironmana, dzisiaj jeden z  najlepszych polskich triatlonistów w kategorii M55 (mężczyźni od 55 do 59 lat). On, człowiek bardzo zajęty, bo na co dzień prowadzi firmę remontowo-budowlaną naftokor.pl, wyjaśniał mi, na czym polega specyfika triatlonu, zalecił również ostrą dietę, bo w czerwcu, gdy zaczynałem przygotowania, ważyłem 96 kilogramów. Pożyczył mi też do  treningów swój kolarski rower liczący 20 lat. Gdy byłem gotowy poszedłem na rozmowę z Kasią – moją żoną. Bez jej wsparcia trudniej byłoby podołać temu przedsięwzięciu. KM: Jak wyglądał Pana tydzień treningowy? TT: Jeden dzień w  tygodniu przeznaczałem na  odpoczynek – tzn. pływanie w jeziorze, maksymalnie 2 kilometry. Trenowałem po 3 godziny w dni powszednie i  5-6 godzin w  weekendy, jeżdżąc na rowerze i biegając. Gdy trening popołudniowy – 60 kilometrów na  rowerze i  12 kilometrów biegu – Start Tomasza Tarnowskiego w triatlonie zapoczątkował projekt „Zakon Maltański Ekstremalnie”. kończył się wieczorem, a  następnego dnia o  5.30 rano zaczynał się 90-kilometrowy trening na  rowerze, często nie nadążałem z  praniem ubrań sportowych. Sprzęt sportowy pojawił się w  łazience, korytarzu, jeden pokój zagospodarowaliśmy na  salę do  ćwiczeń rozciągających. Intensywnie też chudłem, byłem mniej rozmowny, a w nocy łapały mnie skurcze. Po sierpniowym Maratonie Solidarności, w  którym wziąłem udział, waga spadła poniżej 80 kilogramów, balansowałem na granicy przetrenowania i  miałem wszystkiego dosyć. W  ciągu 10 tygodni przygotowań 47 kilometrów przepłynąłem, 1550 przejechałem na  rowerze, a  386 przebiegłem. KM: Treningi połączył Pan z działalnością informacyjną o  tym, co Pan robi. Zachęcał Pan też ludzi, by wsparli akcję... Do  akcji charytatywnej od  początku włączył się Jerzy Donimirski (kawaler Zakonu Maltańskiego – red.) z  zespołem. Powstał blog, na  którym na  bieżąco opisywałem treningi i  zachęcałem do  wsparcia akcji potencjalnych darczyńców. Trudno w  środku wakacji zachęcić ludzi do czytania wpisów na blogu, a co dopiero do zadeklarowania jakiejkolwiek pomocy, zwłaszcza na  sprzęt dla szpitala. Łatwo nie było: walczyłem ze zmęczeniem, nie mieliśmy z  Kasią żadnego normalnego weekendu, a lista darczyńców wciąż była krótka – w lipcu otwierał ją Prezydent ZPKM i… ją zamykał. Wtedy redakcja TVN24 zrobiła ze mną wywiad po śmierci triatlonisty podczas zawodów w Pile. Wyczułem, że dziennikarz przeprowadzający wywiad buduje tezę, że przesadziłem, narażam swoje zdrowie i  niepoprawnie marzę o  zebraniu 120 000 złotych w środku wakacji – to był najtrudniejszy moment. KM: Ale z czasem darczyńców zaczęło przybywać? TT: Pod  koniec lipca pojawiły się kolejne deklaracje, które nas ośmieliły. Zaczęło przybywać zgłoszeń, głównie znajomych. Gdy na  liście było już ponad 100 osób, media dostrzegły, że nie jest to niszowy projekt. Liczba darczyńców nadal rosła. Dziennikarze wyliczyli, że przy formule honorowego zakładu (kwota za 15 minut poniżej limitu czasu) „urwanie” 14 kwadransów z  limitu pozwoli kupić sprzęt dla szpitala. W  końcu patronat medialny nad przedsięwzięciem objął dziennik „Rzeczpospolita”. KM: Czy żona nie bała się o Pana? Jak się Państwo wspieraliście? TT: Bała się, zwłaszcza, że eksperci w mediach, nie tylko w TVN, przestrzegali przed zdrowotnymi skutkami moich poczynań. Droga do  celu była ułożona z  kilometrów pokonywanych na  treningach, ale również z  chwil zwątpienia i  naszego strachu. Kasia milczała i  wspomagała mnie, zajmując się domem, pracą, przypominając mi o  sprawach zawodowych, pilnując mojego kalendarza. Dbała o dietę, pomagała w  ćwiczeniach rozciągających, masażach, towarzyszyła na  rowerze podczas treningów biegowych. Wierzyła we mnie, ale domyślam się, co przeżywała. Ja chwytałem się sprawdzonych patentów, jak krótka modlitwa i wspomnienie mojej nieżyjącej Mamy. Motywujące dla mnie było też przywoływanie obrazów ze szpitala w  Barczewie, gdzie leżą osoby ciężko chore, w pełni zależne od respiratorów. Pobyt w szpitalu zainspirował nas ponadto do stworzenia spotu reklamowego akcji, który jest dostępny w Internecie. KM: Był pot, krew i łzy. A czy był też czas na śmiech? 44

[close]

p. 7

Ironman dla Barczewa TT: Oczywiście! Na  przykład na początku treningów nie rozumiałem sportowego żargonu Zdzicha, bawiło mnie więc każde nowe określenie typu: „idziesz w  tlenie czy już w  kwasie?”, „przez 25 kilometrów jedź na  świadka i w kadencji 80”. Na dwa dni przed zawodami zainstalowałem na  rowerze przystawkę aerodynamiczną, tzw. lemondkę. Nie przejechałem jeszcze pierwszych 20 kilometrów podczas upadł. Zgodnie z planem te najcięższe momenty poświęciłem w intencji chorych, którzy cierpią naprawdę. KM: Jeden z  darczyńców napisał na Pana blogu: „Treningi, uprawianie sportu i  ruch to przyjemność i  przywilej – wielu o tym marzy”... TT: Odpowiedziałem mu: „Tak, jestem uprzywilejowany – za to dziękuję i tym chciałem się podzielić szczególnie Iroman to jeden z najbrdziej prestiżowych wyścigów na świecie tory dla szpitala, w  którym nie będą się leczyć, dla obcych ludzi – to budzi szacunek i nazywa się dobrocią. Każda wpłata miała znaczenie, jednak muszę przypomnieć tych, którzy uczynili zbiórkę realną, gdy akcja była mało znana – Anonimowy Przedsiębiorca z  Sopotu, Rosabelle Tarnowska, Jerzy Kobyliński, którego okrągły zakład 1000 zł za każde 15 minut wygenerował najwyższą jednorazową wpłatę 14000 zł, i  Jerzy Jankowski, który zagwarantował 12000 bez względu na  wynik – wielkie dzięki dla wszystkich. KM: Pański ojciec na wieść o projekcie powiedział Panu, że to będzie piekło. Było? TT: Oczywiście było ciężko z powodu gorąca i suchości w ustach, ale Tacie nie tylko o  to chodziło. W  czasie tego projektu musiałem wielokrotnie zmierzyć się z  własnymi słabościami – pychą, która wielokrotnie została boleśnie skarcona strachem; chciwością (chciałem wszystko osiągnąć od razu), za którą słono płaciłem po treningach złym samopoczuciem, skurczami w  nocy; musiałem porzucić przyjemności ciała i stołu, gniew przekuć w pozytywny napęd, a  najgorszym, codziennym przeciwnikiem było lenistwo. Ten czas to przepracowany rachunek sumienia i to po wielokroć. Właśnie zapanowanie nad demonami naszej natury pozwoliło wbiec na metę w dobrym czasie. KM: Pański start w Ironmanie zapoczątkował projekt „Zakon Maltański Ekstremalnie”. Czy wkrótce możemy się spodziewać podjęcia przez Pana kolejnych wyzwań? TT: Chcielibyśmy z  Jerzym Donimirskim sprawdzić, czy pokonywanie samego siebie według rycerskich zasad będzie ciekawe dla innych. KM: A te zasady to… TT: Definicja ta wykuwała się przez 10 długich tygodni i  mogłaby – przy pomocy św. Augustyna – brzmieć następująco: Jestem stworzony z  wiary i  miłości / nie strachu i  zwątpienia / tworzą mnie tysiące kroków a nie jeden skok / działania nie deklaracje / wytrwałością pokonuję bariery / wyznaję zasadę, że dopóki walczę, jestem zwycięzcą. Fotografie: Katarzyna Tarnowska i Anna Tarnowska wyścigu, gdy mijający mnie zawodnik zwrócił uwagę, że źle trzymam kierownicę – wówczas poczułem, że jestem stuprocentowym debiutantem. KM: Właśnie, przejdźmy wreszcie do samego dnia startu… TT: Gdy zszedłem o 5.00 rano nad Nogat i  zobaczyłem czarną toń wody, do  której wchodziliśmy śliskim, wąskim wejściem, niczym antylopy gnu przekraczające rzekę Marę – ugięły się pode mną nogi. Zamiast krokodyli dopadł mnie stres przedstartowy. Bałem się przede wszystkim bólu fizycznego, który pamiętałem z  maratonów. Po starcie było w  miarę dobrze, aż do  10 kilometra biegu… KM: Wtedy nastąpił kryzys? TT: Kryzysów nie sposób przewidzieć. Gdy się pojawiają, ból ogarnia całe ciało, atakuje psychikę i  wolę, zaczynasz w  końcu myśleć: to nie mój dzień, odpuszczę, następnym razem będzie lepiej, szkoda zdrowia i… stajesz. W  tych momentach zwalniałem i przywołałem w myślach moją Mamę, która pozwala, bym się potknął, ale nie z  tymi, którzy nie mogą zrobić nawet jednego ruchu i których nigdy nie będę znał”. KM: Ostatecznie uzyskał Pan znakomity czas: 12 godzin 23 minuty. Co zadecydowało o sukcesie? TT: Trenowałem lekkoatletykę do  20. roku życia, to z  pewnością pomogło, bo posiadamy w  sobie pamięć mięśniową, która u mnie zadziałała po 28 latach. Jestem usatysfakcjonowany, ponieważ sam ułożyłem plan treningowy i  nie dopuściłem do  kontuzji. O sukcesie na pewno zadecydowały reżim i  konsekwencja podczas treningu, a na starcie koncentracja i silna motywacja. Jestem niezmiernie wdzięczny Zdzisławowi Wojtyło za  jego rady i wsparcie, bez nich błądziłbym dłużej. KM: Jakby Pan podsumował akcję? TT:. Przez okres przygotowań poznawałem swoje granice, ale one ciągle się przesuwały, w końcu zostałem Ironmanem no i myślałem też, że jestem... 30 lat młodszy. Nie wiedziałem, że tak wiele osób mi zaufa. Kupili respira- 5

[close]

p. 8

Projekt wydawał się Tomaszowi Tarnowskiemu ponad jego siły i... chyba właśnie dlatego postanowił, że spróbuje Przekraczanie barier Udział w wyścigu Ironman jest dla sportowców – amatorów wielkim wyzwaniem. Właśnie oni wiedzą najlepiej, ile wysiłku to kosztuje i z jakimi problemami musiał zmierzyć się mój brat, Tomasz Tarnowski. Parafrazując jego słowa – to ponad siły dlatego podejmę próbę – trudno mi to w pełni ocenić, ale spróbuję. Tomek musiał rozpocząć przygotowania od zgubienia wagi. Bez tego – jak mówił wspierający go Zdzichu Wojtyło, weteran triatlonu – będzie po zawodach. W  lipcu Kasia, żona Tomka, podzieliła się z  nami z  pozoru prostą receptą: „Nie ma diety cud – tylko konsekwencja. Tomek jest mięsożercą, lubi wino, a  w  gorący dzień piwo – i  właśnie tego zostanie pozbawiony praktycznie w  stu procentach, będzie pił wodę niegazowaną. Na  trening o  6.00 wyjdzie na  czczo, przed treningiem około 8.00 dostanie garść płatków owsianych na  wrzątku posypanych rodzynkami, jeśli trening będzie odbywał się później, wówczas pełne śniadanie. Wycofuję naszemu «zawodnikowi» kawę espresso, którą bardzo lubi”. Efekty musiały być. Gdy rozmawiałam z Tomkiem na początku lipca, szacował, że w  dniu startu będzie ważył 82 kilogramy, czyli o 14 kilogramów mniej niż na początku przygotowań. Pomylił się o 0,3 kilograma. Kasia opowiadała, że każdy dzień był zaplanowany co do  jednego kwadransa: praca, akcja, jedzenie i trening, bez względu na pogodę. Tomek wychodził ćwiczyć w  największy upał albo podczas ulewy, tłumacząc, że tak właśnie może być na zawodach. W sierpniu Kasia czuła, że Tomek jest coraz mocniejszy. Gdy towarzyszyła mu na  treningu biegowym (15 kilometrów w terenie), pod jego koniec (na podbiegu o  długości 1,3 kilometra) Tomek pchał ją na rowerze pod górę w tempie, którego nietrenująca osoba nie byłaby w stanie utrzymać, jadąc rowerem. Jestem zarżnięty… 5 sierpnia dowiedzieliśmy się z  bloga, że intensywny trening zrobił swoje. Tomek pisał: „Jestem zarżnięty. Jest gorąco, więc nie wiem, czy brak apetytu to efekt temperatury, czy przetrenowania. W nocy dość często łapią mnie skurcze i nawet oranżadki magnezowe nie dają rady, budzę się już automatycznie między 5.00 a 6.00 rano”. Kasia wspomina, że był to najgorszy moment w  czasie przygotowań. Po najdłuższych treningach Tomka nie mogła dotknąć jego 66 Fot. z archiwum T. Tarnowskiego

[close]

p. 9

O poświęceniu i wsparciu, jakiego udzielili Tomaszowi Tarnowskiemu bliscy i przyjaciele opowiada nam jego siostra Anna Donimirska przeciążonych ścięgien Achillesa, więc mroziła je lodem, później próbowała je rozmasować. Pożyczony, niedopasowany rower powodował bóle pleców, sztywność karku. – Nie wiem, jak on wstawał rano na kolejne treningi – zastanawia się do dzisiaj. W sierpniu podczas triatlonu w Pile zmarł na  serce jeden z  jego uczestników, młody chłopak. Po jego śmierci wielu znajomych wyrażało swoje zaniepokojenie, część z  nich uważała, że formuła honorowego zakładu może okazać się dla Tomka niebezpieczna. Zapytałam Kasię, co na  ten temat sądzi. Powiedziała: „To smutne wydarzenie, a dla nas nieprzyjemne, bo Tomek w  oczach mediów jest kolejnym kandydatem do utraty zdrowia, ale nie bałam się – on robił przynajmniej dwa razy w  tygodniu „ćwiartkę” Ironmana na treningach. Najważniejsze zawody w życiu Do Tomka napisał prof. Wojciech Ratkowski, mistrz Polski w  maratonie, w latach 80. jeden z najlepszych biegaczy na świecie. Pytał: „Czy jesteś gotowy na ciężką, aż do bólu, pracę treningową? Czy Ty, były dziesięcioboista, dasz radę? Wiem, ile czasu, wyrzeczeń, bólu, stresu, a przede wszystkim pracy trzeba włożyć w to, aby dobiec do mety. A maraton to tylko jedna z trzech, jakże różnych i  wymagających konkurencji, w  których będziesz startował! I  jeszcze chcesz uzyskać jak najlepszy czas. Nie interesuje Cię tylko ukończenie tak morderczej konkurencji. To już nie jest zabawa w  sport. To być może najważniejsze zawody w  Twoim życiu. Chcesz osiągnąć coś, co każdemu z nas wydaje się nieosiągalne. Nie masz dużego doświadczenia w  konkurencjach wytrzymałościowych. Dwa miesiące przygotowań to bardzo mało (patrząc z  zawodowego, trenerskiego punktu widzenia). A  potem przyszła refleksja: dlaczego nie? To może się udać!”. Później Ratkowski jeszcze napisał: „Żeby przygotować się do  tego dystansu potrzeba 12 miesięcy”. W  czasie startu kontaktowałam się z  Kasią i  Zdzichem, który ukończył „połówkę” Ironmana i wygrał w swojej kategorii wiekowej, będąc w  niej jednym z najstarszych zawodników. Kiedy zobaczył międzyczasy, jakie osiągnął Tomek po pływaniu i jeździe na rowerze, ocenił, że tempo jest zbyt szybkie, a  Tomek słono zapłaci za  to podczas biegu. Było inaczej – wytrzymał. Kiedy pytałam Tomka, skąd takie efekty, przypomniał mi swój wpis na blogu zatytułowany Żelazo nie klęka: „10 tygodni temu nie wiedziałem, czy zdążę się przygotować. Zakodowany sport sprzed 30 lat trzeba było uruchomić. Ponoć drzemie w nas pamięć mięśniowa. Pozostawało pytanie, czy po tylu latach nie jest zepsuta. Do tego trzeba było zdjąć warstwę tłuszczu i  pamiętać, że nie mam 18 lat. Bez przewodnika po triatlonie, jakim jest Zdzichu, błądziłbym znacznie dłużej – dziękuję Ci. Dalej to już reżim i  konsekwencja, a  na  starcie koncentracja i silna motywacja – dlatego się udało”. Głównym celem Tomka było poszukiwanie pieniędzy dla szpitala maltańskiego, a  nie wynik sportowy. Jednak bez sportowych emocji nie byłoby możliwe zainteresowanie mediów tematem, a zbiórka funduszy mało realna. Dzisiaj mamy pewność, że respiratory zostaną kupione, oraz przyjemność pokazania innym organizacjom maltańskim na świecie, że w Polsce można przeprowadzić niezwykłą, pełną emocji akcję, która przyciągnęła wiele osób dobrej woli i  znaczące, ogólnopolskie media. To z pewnością sukces. Niech przemówią inni Nasza ocena – ­ z powodu uczestniczenia tak blisko w zmaganiach jednego z nas – jest zaburzona. Głębszy wymiar akcji „Ironman za respiratory” widać w słowach otuchy, a później gratulacji, które kierowano do Tomka. (Fragmenty wypowiedzi w  pisowni oryginalnej – przyp. red.) Dzięki, że to robicie. Świadomość, że są ludzie, którzy troszczą się o innych i przekraczają swoje różne ograniczenia, wygodnictwo, lenistwo, kiepski humor, przyzwyczajenia, brak kondycji, by im pomóc, daje wiarę, że wszystko, naprawdę wszystko, jest możliwe, że warto żyć, próbować, zmieniać się, rosnąć i  rozpoczynać od nowa. Że warto znaleźć w sobie siłę, by zawalczyć o  samego siebie i o innych. Dziękujemy z całego serca – pisała Tatiana Andrzejewska. Pokażesz nam wszystkim, że ciężką pracą i wiarą w jej końcowy efekt można pokonać nie tylko dystans Ironmana, ale też przełamać bariery niemożności tkwiące w  nas samych. Powodzenia! – życzył prof. Wojciech Ratkowski. Łukasz Hryckiewicz napisał: Chciałbym pogratulować wielu rzeczy. Przede wszystkim hartu ducha i wytrwałości w treningach, przygotowaniach, w  codziennym porannym wstawaniu i przymuszaniu siebie do coraz to większego wysiłku. Podjęcie próby przygotowania się i konsekwentne realizowanie tego dzień po dniu jest naprawdę niebywałe, zwłaszcza że udało się tego dokonać w tak krótkim czasie i w chyba najtrudniejszych zawodach, jakie istnieją. Zorganizowanie całej akcji, łącznie z jej nagłośnieniem jest równie niesamowite. Gdyby nie to, ja i – zapewne – inni ludzie nigdy by się do akcji nie przyłączyli z tej prostej przyczyny, że zwyczajnie by o niej nie wiedzieli. Śledzenie Pańskiego bloga – przemyśleń, opisów i zmagań – upewniło mnie w tym, że zadeklarowałem udział w słusznej akcji, zorganizowanej przez człowieka, który zupełnie bezinteresownie poświęcił kawałek życia, aby pomóc innym. (...) Jeszcze raz serdecznie gratuluję ukończenia Ironmana ze świetnym wynikiem. Cytat zamieszczony w  ostatnim wpisie na  blogu doskonale podsumowuje całe przedsięwzięcie: „Żelazo nie klęka”. Chciałbym nosić na ręce opaskę, aby pokazać, że odbywają się takie akcje. ❚ Anna Donimirska 7

[close]

p. 10

od redakcji reportaż W Barczewie Asi jest dobrze Cieszy ich każdy krok pacjentów, a najbardziej, gdy po rehabilitacji wychodzą o własnych siłach do domu. Ale sukcesem jest też, gdy pacjent umiera bez cierpienia, a towarzyszy mu pogodzona z tym faktem rodzina. To codzienność, z jaką mierzą się pracownicy Szpitala Pomocy Maltańskiej pw. bł. Gerarda w Barczewie. W  ciepły, wrześniowy dzień po południu, gdy córka na  chwilę przysnęła, Hanna Grzelak wyszła na spacer do  przylegającego do  szpitala parku. – Przed budynkiem rośnie klon, przepięknie przebarwiony na  wszystkie kolory, od  żółtego, przez czerwień, do brązu. Przyniosłam Asi naręcze liści, pokazywałam każdy z  osobna, a  ona tak pięknie wodziła za  nimi oczyma. Potem jeszcze ustroiłam nimi okno, w  Warszawie „Pomoc Maltańska”, początkowo mieściła się w  dawnym szpitalu wojskowym w Olsztynie, a niedawno przeniosła do Barczewa. Budynek, powstały w 1901 roku z inicjatywy proboszcza parafii św. Anny, przez 90 lat pełnił funkcję szpitala. Zamknięty pod  koniec lat 90., zaczął popadać w ruinę. W 2009 roku powiat olsztyński przekazał go zakonowi. Obiekt gruntownie wyremontowano i  wyposażoje jedno: tu znajdują naprawdę troskliwą opiekę. Terapia małych kroków Już od  rana w  salach krzątają się opiekunki, rehabilitanci i  terapeuci. Tych, których stan zdrowia na  to pozwala, Dorota Foks zabiera na terapię zajęciową. Pacjenci malują, rysują, słuchają muzyki, uczestniczą w  zajęciach logo- 88 żeby Asia wiedziała, że już przyszła jesień – tłumaczy Hanna. 42-letnia Joanna Grzelak była przedstawicielem handlowym, jeździła po Polsce i  świecie. Gadatliwa, otwarta, roześmiana. Siedem lat temu pod  Gdańskiem w  jej auto uderzyła ciężarówka. Uraz mózgu, walka o życie na OIOMie. Śpiączka, z której się wybudziła, ale kontakt z nią jest minimalny. Mama jest u  niej codziennie, myje ją, karmi, czyta jej książki, opowiada o  wszystkim, co się dzieje. – Ja wiem, że Asia wszystko czuje. Gdy pytam, czy słyszy, potakuje oczami. Potrafi dać znać, czy boli ją noga, czy brzuch – wylicza Hanna Grzelak. Asia od  trzech miesięcy jest jedną z  77. podopiecznych Szpitala Pomocy Maltańskiej pw. bł. Gerarda w Barczewie. Ta niepubliczna placówka, prowadzona od  2004 roku przez Fundację Polskich Kawalerów Maltańskich no. Obecnie w  ramach NFZ zapewnia opiekę długoterminową osobom przewlekle chorym i  niepełnosprawnym, a  także osobom chorującym na  nieuleczalne postępujące choroby w  ich terminalnym okresie. – Specjalizujemy się w opiece nad pacjentami w ciężkim stanie zdrowia, po udarach, zatrzymaniu krążenia, których skutkiem jest niedotlenienie mózgu i  niedowład czy porażenie kończyn, a często także brak świadomości – wylicza dyrektor szpitala, Edyta Skolmowska. 44 z 77 łóżek w  Barczewie zajmują właśnie tacy pacjenci, w tym 15 łóżek służy tym, którzy potrzebują także respiratorów. Są to pacjenci w śpiączce, ale także w ostatnim stadium SLA, czyli stwardnienia zanikowego bocznego oraz pacjenci z POChP (przewlekłą obturacyjną chorobą płuc). To najczęściej osoby w  podeszłym wieku, ale także młode. Przypadki ciężkie, czasem beznadziejne. Łączy pedycznych. – Do  każdego pacjenta podchodzę indywidualnie. Znam ich i  wiem, że pani Ania lubi opowiadać, co się u niej dzieje, a pani Zosia, która odkryła w  sobie pasję malarską, tylko malowałaby wielobarwne kwiaty. Pacjenci uwielbiają też dyskutować. – Często czytam im fragment ich ulubionej książki „Warmia”, opowiadającej o tym, jak kiedyś wyglądało życie w  tym regionie, a oni wspominają czasy, gdy byli młodzi. Mnie te opowieści wzruszają, a moi pacjenci mają poczucie, że mogą mi przekazać coś ważnego – dodaje terapeutka. – Motywuje mnie, gdy osoba po udarze zaczyna mówić, nawet pojedyncze wyrazy, ale i  uśmiech pacjenta, który widząc mnie, dopytuje się, kiedy się spotkamy. Każdy krok podopiecznych cieszy też Barbarę Markiewicz, rehabilitantkę. – Część chorych pracuje z  nami w  sali gimnastycznej, gdzie ćwiczymy

[close]

p. 11

reportaż na  rotorach kończyn górnych i  dolnych. Mamy też stół do  pionizacji – wylicza. – Ważne jest, aby podchodzić do  ćwiczeń z  uśmiechem, wtedy nasz entuzjazm może zmotywować pacjenta – przyznaje. Ona sama najbardziej cieszy się, gdy efekty jej terapii prowadzą do  ponownego usamodzielnienia się chorego. Dzięki intensywnej rehabilitacji udaje się „postawić na nogi” naprawdę trudne przypadki, np. 48-letniego ochroniarza, który doznał rozległego udaru mózgu. Początkowo z pacjentem nie było kontaktu. Karmiony był przez sondę, a oddychał przez rurkę tracheotomijną. Ogromne zaangażowanie personelu zdziałało cuda. Mężczyzna ze szpitala wyszedł o  własnych siłach, na nowo nauczył się też mówić. Dlatego personel poświęca wiele pracy także pacjentom, którzy leżą. Dorota Foks stymuluje ich ciało, wkładając im w  dłonie różne przedmioty, a to kawałek styropianu, a to drewniapacjent, i  pozwala na  komunikację z komputerem za pomocą wzroku. Dzieci, auta i ukochane myśliwskie psy Przy łóżku Asi wiszą zdjęcia aut. Asia przed wypadkiem fascynowała się motoryzacją i  brała udział w  rajdach samochodowych. U innych stoją maskotki, zdjęcia wnuków, dzieci. – Mieliśmy pacjenta, zapalonego myśliwego, któremu żona powiesiła nad łóżkiem zdjęcia ukochanej strzelby i  psów myśliwskich – wspomina Edyta Skolmowska. Zawsze stara się tłumaczyć rodzinom tych najciężej chorych, w stanie wegetatywnym i  minimalnej świadomości, że choć ich bliscy nie komunikują się z  otoczeniem, czują, słyszą i  bardzo potrzebują wsparcia. Motto mamy Asi brzmi: „Nigdy nie tracić nadziei”. Personel nie stracił jej w przypadku 29-latka potrąconego przez tira na  krajowej siódemce. Trafił do maltańskiego szpitala nieprzytomny, pod  respiratorem. człowieka pod opiekę obcym ludziom, za co często spotyka ich ostracyzm otoczenia i  uwagi typu „oddali dziadka”. Nikt nie rozumie tej sytuacji, póki sam jej nie doświadczy – tłumaczy Edyta Skolmowska. Dlatego wielką satysfakcją dla personelu szpitala jest zaufanie, jakie buduje się z  czasem u  rodziny. – Często, gdy rodzina widzi, że pacjentowi jest dobrze, zaczyna rozumieć, że zrobili to, co było najlepsze w  danej sytuacji, ponieważ znaleźli ośrodek, który spełnia ich oczekiwania i  ich bliskiego. Niedawno, na  spotkaniu z  rodzinami pacjentów, siostra podopiecznej z Barczewa, mieszkająca na stałe w Niemczech, przyznała, że dbamy o pacjenta kompleksowo, natomiast w  wielu ośrodkach za  granicą pacjenta sadza się rano na wózku i przez cały dzień nikt się nim nie interesuje – dodaje z dumą Skolmowska. Hanna Grzelak, która w ciągu siedmiu lat choroby córki doświadczyła ne klocki, korę, liście, szyszki. Odtwarza im nagrania szumu morza, śpiewu ptaków. Czyta, smaruje usta kwaśnym sokiem z  cytryny. Takie pobudzanie wszystkich zmysłów fachowo nazywa się terapią polisensoryczną. Duże znaczenie ma ona także u  chorych, z którymi kontakt jest minimalny lub żaden, np. z pacjentami w stanie minimalnej świadomości, jak Joanna Grzelak. – Tu pacjent nie leży i nie patrzy w sufit. Terapeuci ciągle starają się go pobudzać, żeby się nie kurczył i nie zamykał w sobie, ale czuł, że wokół niego toczy się normalne życie – mówi Hanna Grzelak. U osób takich jak Asia terapeuci wykorzystują też nowatorską technikę tzw. cyber-oka. Sprzęt, zaprojektowany przez naukowców Politechniki Gdańskiej składa się z  czterech kamer na  podczerwień i  programu, który odczytuje ruch gałki ocznej. Śledzi miejsce na ekranie, na które patrzy Ale z  każdym miesiącem następowała poprawa. Odzyskał przytomność, zaczął samodzielnie oddychać, mówić. Po ponad roku wrócił do  domu, do  żony i dwójki małych dzieci. – Częściej widzimy zaangażowanie rodzin u  młodszych pacjentów, ale są też osoby w podeszłym wieku, po trzecim udarze, do których w ogóle nikt nie przychodzi – dodaje dyrektorka. – Neurolodzy twierdzą, że gdy przy pacjencie po urazie mózgu, nawet nieświadomym, jest ktoś bliski, to czuje się on bezpieczniej, jest spokojniejszy, zdrowieje – wylicza Hanna Grzelak. Rodzina z pretensjami Dyrektor Skolmowska zauważa, że u większości rodzin, które decydują się na oddanie swojego bliskiego pod opiekę ZOL, widoczne jest poczucie winy. – Z jednej strony sami nie są w stanie się nim zająć, z drugiej oddają najbliższego różnych standardów opieki, potwierdza. – Barczewo to ośrodek pełen otwartych, życzliwych ludzi, których ciepło udziela się pacjentom, ale i  rodzinom. Daleko tu od  chłodu szpitalnych korytarzy, wszyscy starają się funkcjonować jak rodzina – mówi. Jednak Edyta Skolmowska zauważa, że wiele rodzin po latach przewlekłej choroby bliskich wypala się, a swoją frustrację przelewa na pracowników szpitala. – Zawsze tłumaczę pracownikom, żeby rozumieli, jak silne emocje przeżywa ta rodzina, ale przyznaję, że sami jesteśmy tylko ludźmi i mamy pewien poziom wytrzymałości na agresję. Reaguję zwłaszcza na  uwagi o  personelu, ponieważ w tym szpitalu pracują ludzie o  najwyższych kwalifikacjach: wszystkie nasze pielęgniarki mają kursy rehabilitacyjne, z anestezjologii, opieki długoterminowej, a  terapeuci specjalizują się w opiece neurologicznej – wy- 9

[close]

p. 12

reportaż licza. Na szczęście pracownicy wspierają się w  trudnych chwilach, pomocą służą im też zatrudnione w  placówce psycholożki. – Najtrudniej jest wtedy, gdy rodzina oczekuje od pacjenta spektakularnych postępów, których on nie jest w  stanie zrobić. Kilka dni temu jedna z  pań zarzuciła mi, że jej mąż nie ćwiczy. W  jej obecności pokazałam, jak pacjent reaguje na  próby ćwiczeń – agresją. Potem przeprosiła – mówi rehabilitantka, Barbara Markiewicz. Czekając na pożegnanie Barbara Markiewicz przywiązuje się emocjonalnie do  pacjentów: cieszy się i  podziękowała. Inny pacjent czekał tak na  córkę, która kończyła studia w  USA. Gdy się obroniła i przyjechała, by pożegnać się z ojcem, ten spokojnie odszedł. Edyta Skolmowska przyznaje, że w Polacy wciąż mają problem z akceptacją śmierci najbliższych, odsuwają od  siebie to, co nieuchronne, przedłużając niestety cierpienie chorych. – Rodziny wciąż wymuszają na  nas działania, które można określić mianem uporczywej terapii. Tymczasem przychodzi moment w  opiece, kiedy po kolejnym spadku ciśnienia nie powinniśmy już podłączać pacjentowi dopaminy, nie powinniśmy go reanimować, ale pozwolić mu odejść. Ratując go, każe- Pomoc dla Barczewa Sprawowanie opieki nad obłożnie chorymi wymaga bardzo dużych nakładów finansowych. Jesteśmy zakładem, który prężnie się rozwija, co nie oznacza, że nie mamy problemów finansowych. Staramy się pozyskiwać fundusze na swoją działalność z różnych źródeł. Liczymy również na Państwa wsparcie i chęć pomocy. Dla nas liczy się każdy gest dobrej woli, dzięki któremu możemy mieć wpływ na odmianę losu każdego z nas. Bardzo prosimy i będziemy niezmiernie wdzięczni za każdą okazaną nam pomoc. Jesteśmy organizacją pożytku publicznego działającą non profit, co oznacza, że nasza działalność nie jest prowadzona w celu osiągnięcia zysku. Wszelkie dotacje czy darowizny finansowe przeznaczamy na naszą statutową działalność. Aby wesprzeć naszą działalność i pomóc nam w opiece nad obłożnie, bardzo często nieuleczalnie chorymi, można przekazać darowiznę na konto Fundacji lub wesprzeć nas darami rzeczowymi. KONTO DO WPŁAT: Fundacja Polskich Kawalerów Maltańskich w Warszawie „Pomoc Maltańska” 00-730 Warszawa, ul. Jazgarzewska 17 lok. 54 Bank PKO BP S.A. Nr rachunku: 51 1020 1156 0000 7602 0089 7512 Darowiznę można przeznaczyć na wybrane dzieło. W tytule przelewu należy wpisać: „Powiatowy Szpital Pomocy Maltańskiej w Barczewie”. Fundacja jest Organizacją Pożytku Publicznego i jej działalność można również wesprzeć, przelewając 1% podatku na podane wyżej konto. Edyta Skolmowska Dyrektor Szpitala w Barczewie 10 10 szczęściem tych, którzy zdrowieją, przeżywa boleśnie każdą śmierć. – Kiedy weszłam niedawno do  pokoju jednego z pacjentów, z którym prowadziłam długie rozmowy, i  zobaczyłam puste łóżko, rozpłakałam się. Edyta Skolmowska przyznaje, że temat odchodzenia podopiecznych także dla niej jest bardzo trudny. – W przypadku ciężkich stanów, mamy do  czynienia tak naprawdę z  opieką paliatywną. Stan tych pacjentów często jest skokowy, nagle pojawia się gorączka, zapalenie płuc, nerek. Widzę u ich bliskich rozdwojenie, z  jednej strony chcieliby, aby to zapalenie płuc było „ostatnim” i  ten człowiek przestał cierpieć, ale z drugiej strony nie potrafią zaakceptować faktu, że on zaraz odejdzie – wyjaśnia. Dyrektorka wspomina przypadek chorego po ciężkim udarze, który bardzo cierpiał. Po roku jego żona wyznała: „Nie mogę już patrzeć, jak mąż cierpi. jak mogę mu pomóc? Edyta Skolmowska zapytała: „A czy pani się pogodziła z tym, że mąż może odejść?”. Zaprzeczyła. Dyrektorka poradziła jej, by pożegnała się z  mężem. Zasugerowała: „Może on czeka na  pani przyzwolenie?”. Żona pacjenta nie wierzyła, ale pożegnała się z nim. Tego samego wieczoru chory odszedł, a ona następnego dnia przywiozła na oddział bukiet róż my mu umierać wielokrotnie. Powtarzam rodzinom: „Niech się państwo postawią na  miejscu bliskiego. Czy chciałby pan dalej cierpieć? Czy wolałby pan umrzeć spokojnie, z  bliskimi, którzy przytulają, trzymają za  rękę i  dają wsparcie w  tych ostatnich chwilach?”. Wtedy dopiero przychodzi refleksja. Mam marzenie do spełnienia Czasem reakcją na  informację, że bliski umiera, jest ucieczka. Dlatego Edycie Skolmowskiej marzy się stworzenie w ośrodku grupy wolontariuszy, którzy towarzyszyliby porzuconym przez rodzinę chorym w ich ostatniej drodze. – Chciałabym też, aby wszyscy moi pracownicy, tak jak ja, traktowali tę pracę jak pasję. Żeby czerpali energię z tego, co robią. Gdy pytam Hannę Grzelak, czy ma jeszcze jakieś marzenia, szczerze przyznaje: – Ludzie tacy jak ja nie mają już wielkich planów, bo życie brutalnie je zweryfikowało. Żyję z dnia na dzień i cieszę się drobnostkami: np. liśćmi klonu i ciepłym wrześniowym słońcem oraz tym, że Asi jest dobrze w Barczewie. Czasem tak buzię skrzywi, jakby się do mnie uśmiechała. ❚ Alicja Jędrzejowska fotografie archiwum ZPKM

[close]

p. 13

od redakcji Partytura nadziei Co nam daje pomaganie? Wzmacnia nasze człowieczeństwo, powoduje, że rośniemy jako ludzie. Człowieczeństwo się bogaci proporcjonalnie do stopnia włożonej miłości. Z profesorem Karolem Tarnowskim, filozofem, wykładowcą Papieskiego Uniwersytetu Teologicznego, rozmawia Żanna Słoniowska Żanna Słoniowska: Co sądzi Pan o  wyczynie Tomasza Tarnowskiego z Sopotu, który wziął udział w triatlonie Ironman po to, by kupić respiratory do szpitala w Barczewie? Karol Tarnowski: Nie będę tutaj całkiem bezstronny, bo chodzi o  mojego krewnego, ale jestem pełen maksymalnego podziwu dla jego zdolności do  poświęcenia się na  rzecz pomocy innym. Każdy powinien używać swoich najlepszych sił na  rzecz służenia innym. Myślę, że to jest bardzo ważne, aby ludzie dawali z siebie wszystko w tym miejscu, w którym są, używając tych umiejętności, które posiadają. To nie znaczy, że nie obowiązuje nas wrażliwość na  ludzką biedę poza naszym światem, kiedy pomaganie już wychodzi poza wszelki profesjonalizm. Trzeba być gotowym do  pomocy w  każdej chwili i  w  każdym miejscu. Wracając do Tomka, jest to wielki wyczyn, który świadczy o  niebywałych zdolnościach sportowych i  wielkim sercu. To jest przykład tego, co jest najlepsze w cywilizacji europejskiej. Ż.S.: Co nam daje bezinteresowne pomaganie i  jakie pułapki się z  nim wiążą? K.T.: Bezinteresowne pomaganie nie powinno sobie w  ogóle zadawać tego pytania! Jest ono sprzeczne z  zasadą bezinteresownej pomocy. W  filozofii współczesnej odbywała się debata na  temat możliwości wystąpienia czegoś takiego jak dar, chodzi o słynną polemikę między Jacques’em Derridą a  Jeanem-Lukiem Marionem. Derrida nawiązuje do  tendencji wychodzącej z  socjologii Marcela Maussa, zgodnie z  którą o  darze w  ogóle nie może być mowy, dlatego że każdy dar od  razu jest pomyślany w  siatce zwrotności, czyli jako wymiana. Dajemy, ponieważ spodziewamy się wdzięczności, jeśli nie od kogoś, to od siebie samego, chcemy sami sobie się podobać. To jest właśnie pułapka związana z  naszą ułomnością: wszędzie szukamy rekompensaty. Tymczasem wielka lekcja Ewangelii czy w  ogóle Biblii jest taka, żeby dawać, nie oglądając się wstecz. Pożyczać, nie żądając zwrotu. Co nam daje takie pomaganie? Wzmacnia nasze człowieczeństwo, powoduje, że rośniemy jako ludzie. Człowieczeństwo się bogaci proporcjonalnie do  stopnia włożonej miłości. To jest wielki paradoks Ewangelii – kto daje swoje życie, ten je zyskuje, a kto chce zachować, ten je traci. Ż.S.: Dlaczego często unikamy kontaktu z tymi, którzy są na granicy życia i śmierci, chociaż wydaje się, że takie spotkanie mogłoby nam wiele dać? Czy chodzi o  lęk przed własną śmiertelnością? K.T.: To jest zasadnicze pytanie, na  które nie bardzo mamy prawo odpowiadać, jeżeli sami nie przeżyliśmy spotkania z  człowiekiem umierającym. Ja takiego doświadczenia prawie nie mam. Byłem tylko przy umierającej matce, co prawda, nie jako jedyny, z kilkoma innymi osobami. Widziałem, fot. Paweł Rucki 11

[close]

p. 14

wywiad jak moja matka walczy o każdą chwilę, być może była to walka z rozpaczą. Patrzyła na  obraz Pana Jezusa i  walczyła o sens własnej śmierci. W spotkaniu z cierpiącym jest prościej – trzeba mu podać lekarstwo albo się nim zaopiekować, i to człowieka porusza emocjonalnie. Notabene, Janina Ochojska, założycielka Polskiej Akcji Humanitarnej, przestrzega przed nadmiernym emocjonalizmem, mówi, że trzeba pomagać skutecznie, a nie przez współodczuwanie. Natomiast w spotkaniu z umierającym chodzi po pierwsze o lęk, bo myślimy, że śmierć jest też moją przyszłością; jest ostatnim słowem, że jest po Chrystusie perspektywa zmartwychwstania. Ale na pierwszym miejscu jest opieka i obecność, bo czymże jest miłość, jeśli nie obecnością? Nie chodzi o pocieszanie, bo jak można pocieszyć kogoś, kto właśnie umiera? Natomiast można cały czas podtrzymywać poczucie sensu jego śmierci. Ż.S.: Pan towarzyszył Janowi Pawłowi II w czasie jego choroby... K.T.: Nie byłem szczególnie uprzywilejowany, przede wszystkim modliliśmy się tutaj, w  Krakowie. Byłem w  Watykanie na  uroczystości 40-lecia mojego ślubu, którego Jan Paweł II wywiad ry naturalnie trzeba przebudowywać. W dawnych latach kierowała mną praca, zresztą nadal mną kieruje, ale teraz staram się więcej czasu poświęcać najbliższym. Muszę przeorientować swoje życie na  dłuższe przebywanie z  innymi. A  to wcale nie jest proste: od człowieka, który czynnie pracował, wymaga to ascezy. Jest to też jakaś forma przygotowania się do śmierci. Ż.S.: W  czasach, gdy technologia wyprzedza etykę, gdzie Pańskim zdaniem przebiega granica nie do  przekroczenia między długim sztucznym podtrzymywaniem kogoś przy życiu a eutanazją? K.T.: To jest bardzo trudne pytanie, na  które nie potrafię odpowiedzieć. Uważam, że nie dość dobrze została rozpracowana aksjologia życia, zbyt często utożsamia się je z istnieniem wyłącznie biologicznym. Odnoszę czasem wrażenie, że ignoruje się to, jak życie człowieka funkcjonuje: czy jest otoczone opieką duchową i fizyczną. Ż.S.: I  czy jest w  nim jeszcze nadzieja... K.T.: Uważam, że w  samym życiu, które się dokonuje w czasie, jest otwartość na to, czego śmierć nie zamyka. Nie zamyka, jeżeli tylko ufamy porywowi życia, porywowi czasu. „To gdzieś idzie, gdzieś nas prowadzi” – to jest właśnie partytura nadziei. Dlatego mi się wydaje, że nadzieja na nieśmiertelność jest naturalna w tym znaczeniu, że przedłuża samą tkankę życia i samą tkankę czasowania. Ufamy, że czas idzie dokądś. Teraz nastąpił upadek czasu-strzałki, czyli czasu, który dokądś prowadzi, ustępuje wiara w  postęp i  wiara religijna. Można sobie powiedzieć, że istnieje tylko teraźniejszość, więc koncentrujmy się na  tym, jak żyć wygodniej w  chwili obecnej, bo i  tak dalej nie ma nic. Ta postawa jest sprzeczna z ontologiczną naturą czasu i ludzkiego życia, które jest nadzieją i które jest zawsze wychylone naprzód. Póki żyjemy, zawsze mamy nadzieję. Nawet wtedy, kiedy nam się wydaje, że jej nie mamy. Sama nadzieja może być uznana za zdradę w stosunku do życia, bo możemy zapytać: jakim prawem rodzi nadzieję, skoro umrzemy? No, ale rodzi. To jest wierność życiu, które obiecuje więcej, niż może dać w  ramach przypływu czasu. Prof. Karol Tarnowski wraz z żoną w Watykanie podczas uroczystości 40-lecia ślubu, którego udzielał parze kard. Karol Wojtyła fot. archiwum rodzinne 12 12 lęk jest tutaj nieuchronny, powiedziałbym – usprawiedliwiony. Możemy też po prostu położyć nacisk na  ulżenie w  cierpieniu i  koniec – to jest myślenie, które patronuje wszystkim próbom legalizacji eutanazji. Eutanazja jest ściśle związana z  traktowaniem drugiego wyłącznie jako miejsca cierpienia, bez żadnego względu na jego życie duchowe. Jest to też sprawa wiary: ktoś wierzy albo nie wierzy, że w drugiej osobie jest coś więcej niż cierpienie i ciało. W  przypadku wierzącego jest tu wielkie pole do ukazania wartości miłości. Chodzi o  to, by umierający poczuł, że miłość jest fundamentalnie ważna i może nawet ważniejsza niż jego własne umieranie, bo jest w stanie przeżyć jego śmierć. Z  drugiej strony, jest to okazja do  katechezy, która polega na  budzeniu nadziei, na  powiedzeniu, że śmierć nie udzielał, i wtedy papież był już w bardzo złym stanie, szalenie osłabiony fizycznie. Zapamiętałem jego dobroć i  dawanie swojej obecności pomimo słabości. Zawsze był życzliwy. Ż.S.: Nie wiem, czy mogę zapytać: boi się Pan śmierci? Jeżeli tak, to jak Pan pracuje z tym lękiem? K.T.: Pytanie jest trafne. Naturalnie, że się boję śmierci i równocześnie mam nadzieję, że jeszcze trochę pożyję, moi rodzice byli dość wiekowi. Mam w sobie dużo zaufania do Boga, że nie postawi mnie w sytuacji, w której będę musiał rozpaczać. Teraz staram się po prostu wypełniać jak najlepiej to, co robię, i  przygotowywać się do  śmierci w  taki sposób, by nie uprzedzać jej poprzez opuszczenie rąk. Staram się dalej rozwijać sens swojego życia, któ-

[close]

p. 15

w Szczyrzycu Cud Obozy Maltańskie w  Szczyrzycu to dowód na to, że bezinteresowne dzielenie się dobrem oznaczać może jego wielkie pomnażanie. Swoje istnienie i  rozwój miejscowość zawdzięcza najpierw mądrości cystersów, którzy znaleźli tu swoją przystań w  pierwszej połowie XIII w. Powstało opactwo, klasztor i kościół, gdzie znajduje się dziś słynący z łask i cudów obraz Matki Bożej. Co ciekawe, cystersi zdecydowali się na Szczyrzyc z  konkretnego powodu: dolina rzeki Stradomki, osłonięta od  zachodu górą Ciecień ma po prostu dobry klimat, więcej tu dni słonecznych, mniej mroźnych niż w sąsiednich okolicach. Ale – co ważne – klimat Szczyrzyca i  jego cuda tworzą także ludzie: otwarci, serdeczni, zawsze skłonni do  życzliwości i pomocy. Wiedzą o tym najlepiej uczestnicy Maltańskich Integracyjnych Obozów w Szczyrzycu, w których bierze udział co rok kilkaset osób niepełnosprawnych oraz wolontariuszy. W tegorocznym Jubileuszowym X Obozie Integracyjnym, zorganizowanym w lipcu 2014 r., wzięło udział 120 uczestników. Większość z nich to młodzi ludzie z niepełnosprawnością w stopniu umiarkowanym i znacznym, dla których wyjazd na  obóz jest oderwaniem się od  codzienności, daje im szansę na odpoczynek i radosne spędzenie czasu. Jak również zdobycie życiowej samodzielności. Pasja pomagania Obozów w  Szczyrzycu nie byłoby, gdyby nie zaangażowanie Związku Polskich Kawalerów Maltańskch. To ZPKM, konkretnie Konfraternia Małopolska (dr Tomasz Krupiński i Adam Zając) oraz Konfraternia Śląska (Ilona Świerad, Łukasz Jarski), zapewnia obozom podstawowe wsparcie finansowe, jak też fachową kadrę. Ogromny wkład pracy wnoszą wolontariusze maltańscy, którzy przez cały czas zajmują się i opiekują niepełnosprawnymi uczestnikami oraz organizują Uczestnicy obozu przed Gościńcem św. Benedykta dla nich zajęcia. To nie tylko uczniowie i studenci, ale także lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni, terapeuci zajęciowi, rehabilitanci i  pedagodzy. Wszystkich ich łączy motto: „Pan Bóg, ciężka praca, dobra zabawa”. Łączy ich pasja pomagania. Tej pasji nie można odmówić również Barbarze i  Adamowi Czepielom, miejscowym przedsiębiorcom, którzy od lat zapewniają bazę noclegową dla obozowiczów. Stanowi ją Gościniec św. Benedykta w Szczyrzycu, który co roku – na cały lipiec – zostaje charytatywnie udostępniony przez państwa Czepielów (zachęcamy do  przeczytania wywiadu z Adamem Czepielem – przyp. red.). Te dawne, starannie wyremontowane zabudowania cysterskie są dziś świetnie dostosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych, wymagających szczególnej opieki. Obszerne sale, przestronne korytarze, wygodne podjazdy to wielkie, choć nie jedyne, atuty ośrodka. Na wyciągnięcie ręki są też dla obozowiczów ogrody klasztoru cystersów, miejsce idealne do wyciszenia i modlitwy, ale i różnorodnych spotkań, w tym warsztatów. To wszystko jest możliwe dzięki serdecznemu wsparciu ojców cystersów, których obecność sprzyja tworzeniu podczas obozów wspaniałej atmosfery duchowo-religijnej. Nad całym obozem czuwa „dobry duch” całego przedsięwzięcia, dr Tomasz Krupiński, Szpitalnik (poprzedniej kadencji) Związku Polskich Kawalerów Maltańskich, dyrektor Szpitala pw. św. Jana Jerozolimskiego w  Szczyrzycu, jak też miłośnik Ziemi Szczyrzyckiej. ❚ Alicja Jędrzejowska fot. Paweł Rucki 13

[close]

Comments

no comments yet